OtwartaKultura

Otwarta, niczym nie skrępowana, niepodlegająca naciskom - Otwarta Kultura

Opowiadanie:Zrozumieć siebie

 

Z Otwarta Kultura

Zrozumieć siebie
Typ utworu opowiadanie
Główny, pierwszy autor Bogumisia
Udostępnione na licencji:
Creative Commons
Attribution ShareAlike w wersjach 3.0, 2.5, 2.0 oraz 1.0

Zrozumieć siebie

Ilustracja
„Człowiek jest wtedy najszczęśliwszy, kiedy
dookoła siebie widzi to, co nosi w samym sobie” B.Prus „Lalka”


-To tylko sen- szepnął i jakiś żal przepełnił jego serce. Zamknął oczy by jeszcze poczuć jak wtula się w jego ramiona, by mieć ją znowu tak, blisko, ale na próżno, zniknęła pozostawiając w nim jakąś nienazwaną tęsknotę. Leżał długo w łóżku jakby pozbawiony woli życia. Próbował przypomnieć sobie, jaki jest dzień, ale ta myśl umknęła szybko jego uwadze. Wsłuchiwał się w muzykę, która zawsze była w jego głowie. Słońce z uporem, wiedzione nienazwaną ciekawością, wkradało się do ciemnego pokoju. Na zewnątrz słychać było odgłosy miejskiego zgiełku. Świat pędził przed siebie, odmierzając kolejne godziny, nic jednak nie było w stanie sprawić, by ten dzień mógł się dla niego zacząć. On już trwał dla wszystkich ludzi, dla wszystkich prócz jednego człowieka, jednej osoby.


Spis treści

Rozdział 1

Była zima. Zbliżały się święta. Pokrywy śniegu otulały miasteczko. Przykryte białym puchem wydawało się jeszcze mniejsze, niż w rzeczywistości. Nie traciło jednak nic ze swego uroku. Ben jak zwykle przesiadywał na uczelni, zbierając w sobie odwagę, żeby w końcu to zrobić. Ben jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, a może wiedziony własną obsesją, zawsze wiedział gdzie i jak może spotkać obiekt swego zainteresowania. Przyglądał się jej bardzo dyskretnie. Zaskakujące, wystarczyło tylko, że ją zobaczył, chociaż krótką chwilę i czuł w sobie nieopisaną radość. Nie miał pojęcia, co takiego przyciągało go do niej, co sprawiało, że to właśnie ona potrafiła zmienić jego codzienność. Mało tego coraz częściej pragną być w jej pobliżu, to stawało się silniejsze od niego. Chodził za nią albo wybierał sobie dyskretne miejsce, z którego mógł nasycać się jej widokiem. Tak bardzo chciał, nawet wiele razy była ku temu okazja, żeby do niej podejść, powiedzieć, że jest tą jedyną, że chciałby, że tylko ona,…ale nie miał odwagi. Bał się stracić to marzenie, to wszystko, co wypełniało mu teraz życie.

Kolejna szansa może nawet ostatnia by obudzić się ze snu i w końcu mieć pewność a nawet nadzieje, że może odwzajemni uczucie, które w swym sercu pielęgnował już od dawna.

Całą noc myślał jak to zrobi. Wyobrażał sobie różne sytuacje jak mógłby ją zaczepić, co powie, jak się zachowa, kiedy na niego spojrzy. Układał ładne zdania, próbował znaleźć słowa delikatne i melodyjne. Był zdecydowany jak nigdy w życiu. Przepełniał go jednak lęk, co jeśli nie będzie chciała go wysłuchać i weźmie go za świra. Przecież to prawdopodobne. Wyczekiwał tego dnia bardzo cierpliwie na odpowiednią chwilę i na odwagę, której nie mógł w sobie zebrać. Siedział na ławce, niecierpliwie rozglądając się wokół siebie. Powtarzał zdania ułożone w nocy. Spostrzegł nagle, że idzie. Serce biło mu coraz szybciej. Czuł jakby coś nagle go sparaliżowało.

-Nie dam rady- myślał.- Co się ze mną dzieje.

Ogarnęło go zwątpienie, jeszcze przed chwilą był tak zdecydowany, a teraz chciał uciec. Popatrzył na nią. Jego pewność i odwaga nagle go opuściły. Zaczął głęboko oddychać.

-Zrobię to, właśnie teraz -powtarzał sobie i zaczął iść w jej stronę. Stanął przed nią. Nigdy wcześniej nie był tak blisko niej.

-Masz czas-wypowiedział te słowa jakby nagle spadł z kosmosu.

Z dużym zdziwieniem wpatrywała się w niego.

-Nie za wiele, a czemu pytasz?- odparła zaskoczona.

-Chciałbym ci coś powiedzieć.

-Mnie?

-Tak. Usiądziemy?- nieśmiało wymówił, wskazując przy tym stojącą blisko ławkę. Zauważył że patrzy na niego nie pewnie. Miał wrażenie jakby czuła się niezręcznie, jakby wiedziała, co zaraz usłyszy, ale nie chciała tego po sobie pokazać.

-Bardzo się denerwuję- mówił wpatrując się w swoje dłonie.- Nie wiem jak mam to powiedzieć. Czuł jeszcze większą niezręczność i wstyd niż przed momentem.

-Może najpierw powiedz jak masz na imię? –usłyszał nagle.

-Ben-oznajmił jakby wybudzony z hipnozy i dodał- ale nie lubię tego imienia- mówił jakby na przekór własnym myślom.

-Miło cię poznać jestem Wera- spontanicznie podała mu rękę. Mówiła lekko a jej twarz rozświetlał uśmiech. -Widzę, że jesteś bardzo wesoła, to dobrze.

-Dlaczego?

-Bo ja rzadko się uśmiecham, prawie nigdy.

-Naprawdę? A co chcesz mi powiedzieć.

Spojrzał na nią, była taka ładna i była tak blisko. Nareszcie mógł słyszeć jej głos, mógł z nią rozmawiać. Już dawno nie czuł się tak jak teraz.

- Widzisz…- zaczął mówić- bardzo mi się podobasz, już od dłuższego czasu. Dużo o tobie myślę, nie daje mi to spokoju i dlatego chciałem, żebyś w końcu się dowiedziała. Jednak nie będę ci się narzucał, sama zadecyduj, co z tym zrobisz. Wszystko zależy od ciebie.

Chaotyczne zdania, które teraz wypowiadał, nie robiły na niej żadnego wrażenia, jednak nie był w stanie tego zauważyć.

-Myślę- odparła po krótkim zastanowieniu,- że możemy się zaprzyjaźnić. A co będzie dalej to czas pokaże. Spojrzała na zegarek.

- No tak, muszę już wracać, jak chcesz możesz mnie odprowadzić.

-Jasne, a gdzie idziesz?

-Teraz na przystanek, tu nie daleko.

Nie pytał o szczegóły. Nie było to teraz ważne. Nie odepchnęła go, więcej nawet obudziła w nim nadzieję na to, że może być coś między nimi. Gdy się już rozstali, Ben jeszcze długo myślał o tej rozmowie. Czuł się taki spokojny i wesoły.

Rozdział 2

Zbliżała się wiosna. Szarość otoczenia, wypierana była przez zieleń, która budziła nadzieje mieszkańców, na lepszą przyszłość. Rozbudzała nie tylko siły, ale i marzenia. Dla Bena nic nie było już takie samo. Choć wszystko toczyło się ustalonym tempem, dla niego samego wszystko nabierało koloru. Jego życie zaczęło mieć sens. To było właśnie uczucie, które pomagało mu wypełniać wewnętrzną pustkę.

Spacerowali obok siebie. Słuchał jak opowiada o swojej rodzinie, o różnych głupotkach, o wszystkim i o niczym. Na jego twarzy pojawiał się uśmiech, gdy tylko na niego patrzyła. Wiedział, że dzięki niej jest szczęśliwy.

-Nie mówisz dużo o sobie- wtrąciła z jakimś smutkiem.

-A, co chcesz wiedzieć?

-Jaki jesteś?

-Nie lubię o sobie mówić- zaczął niepewnie.- Dawniej robiłem rzeczy, z których teraz nie jestem dumny. Pewnie jak się dowiesz co, to się przestraszysz i uciekniesz...

-Nie tak łatwo mnie przestraszyć- przerwała z wyjątkową pewnością.

Zbliżał się weekend. Tak bardzo nie mógł doczekać się, tego spotkania. Może nawet za bardzo, gdyż w konsekwencji spóźnił się dziesięć minut. Czekała na niego trochę zezłoszczona.

-Co robimy- spytała Wera.

-Zapraszam cię do mnie. Co ty na to?

Zamyśliła się chwile.

-No nie wiem, jak chcesz.

Chciał i to bardzo. Otworzył drzwi, weszła rozglądając się bardzo uważnie.

-Przepraszam za nieporządek- wymówił zawstydzony, starając się stworzyć szybko jakiś ład w pokoju.

-Nie przejmuj się, nie ma dla mnie w tym nic dziwnego.

-Proszę, rozgość się.

Usiadła na łóżku, gdyż oprócz krzesła nie było tam nic innego do siedzenia...

-Grasz?- zapytała, spoglądając na gitarę leżącą w kącie.

-Ostatnio nie za często.

-A teraz, zagrasz mi coś?

-Nie, nie chce teraz. Ty coś zagraj.

-Ale ja nie umiem- wystukiwała przypadkowe dźwięki, brzmiące bardzo melodycznie.

-No to już, nauczę cię.

Usiadł obok niej. -Wiesz- patrzył jej w oczy- muzyka jest dla mnie wszystkim. Nieraz ratowała mi życie. Nie potrafiłbym bez niej żyć. Zaczął grać. To była jakaś smutna melodia. Grał całym sobą, muzyka płynęła nie z instrumentu, płynęła z jego wnętrza.

-Bardzo ładne- powiedziała, gdy skończył.

-Coś ci pokaże- podszedł do szafki, otworzył ją i wyciągną jakieś pudełko. Trzymał w nim zdjęcia, było ich dużo. Usiedli obok siebie. Oglądali je dość długo. Chciał by poznała go z innej strony. Jakby to miała być ta lepsza strona jego osobowości, właśnie na tych zdjęciach. Mówił o rodzinie, o swoich kolegach, sąsiadach, dawnych sympatiach. Widział, że budzi w niej zainteresowanie, może nawet coś więcej. Obią ją. Tak blisko czuł jej zapach, jej ciepło. W jego ramionach była taka drobna. Gdyby mógł zatrzymać czas, zrobiłby to właśnie teraz. Przytulał ją mocno, jakby bał się, żeby mu nie uciekła.

-To wszystko toczy się tak szybko, może za szybko- w jej głosie dało się wyczuć niepokój.

-Może, masz rację- mówił tak, chcąc ją trochę uspokoić.

-Jest już późno, muszę iść.

-Zostań jeszcze.

-Nie mogę. Odprowadź mnie, proszę.

Szli trzymając się za ręce jak zakochani, lecz tak naprawdę nie wiedział, co jest między nimi. Czy jest między nimi jakieś uczucie...

-Pa! Zadzwoń do mnie!- wykrzyknęła znikając w odjeżdżającym autobusie.

Wracał teraz do mieszkania i gdyby umiał tańczyć pewno by tańczył na środku ulicy, w świetle latarni. Chciał być lepszym człowiekiem. Teraz czuł, że jest. Może, nigdy by się nie przyznał, ale dla niej zmieniłby wszystko w sobie. Zasługiwała na to. Przeszłość mocno zarysowała się w jego świadomości. Była częścią niego, mimo, że nie chciał jej pamiętać. Wstydził się jej. Była jak koszmar, który mógł powrócić. To przez młodzieńczy bunt przeciw wszystkiemu, przez nie akceptacje życiowych schematów, które pozostawiły poczucie odtrącenia ze strony innych ludzi. Bał się otworzyć, bał się uczuć. Nie potrafił o nich rozmawiać. Był zagubiony w nowej, ale jakże bliskiej mu teraz codzienności.

Rozdział 3

Siedzieli obok siebie. Nie rozmawiali dużo. Choć, zdziwiło go, gdy nagle powiedziała, że czasem ma wrażenie, jakby bardziej lubił na nią patrzeć niż z nią rozmawiać. Istotnie może tak było. A może po prostu nie był gotowy na otwarcie się, na mówienie o tym, co czuje. Liczył, że to zrozumie, że pomoże mu nauczyć się od nowa uczuć. Chciał ją pocałować, ale ona wtuliła się w niego.

-Boisz się mnie?- zapytał szeptem dotykając jej włosów.

-Boję- odparła z uśmiechem, patrząc w jego oczy. Były takie ciemne, i duże. Uśmiechnęła się, po czym pocałowała go najpierw w nos, a potem w usta. Teraz czuł, że jest blisko, teraz, kiedy ją całował.

-Słodka jesteś, wiesz?- wyszeptał.

-Bo ja jestem z cukru, nie wiedziałeś?- zaczęła się śmiać.

Chciał przekraczać coraz to nowe granice swojej osobowości, choć lęk, jaki odczuwał paraliżował go, nie dopuszczając do przerwania bariery, która chroniła go przed samym sobą.

Rozdział 4

Lato nieśmiało zaglądało do miasteczka. Niebo było nie w humorze, przez częste opady deszczu. Tworzyło to aurę zmęczenia i senności. Ben zadzwonił do Wery.

-Cześć Ben!- usłyszał w słuchawce.

-Cześć! Jak samopoczucie?- powiedział z tęsknotą w głosie.

-Całkiem, całkiem-wesoło odpowiedziała.

-Tęsknie za tobą…

-Ben, nie będę mogła jutro przyjechać, ale mam pomysł.

-Jaki?

-Ty przyjedziesz do mnie.

Nastała dłuższa cisza. -Ben jesteś tam?

-Jestem- odpowiedział chłodno.- Nie przyjadę, to nie jest dobry pomysł.

-Nie rozumiem. Dlaczego? Czy coś się stało?

-Nic się nie stało.

-Więc, o co ci chodzi!

-O nic mi nie chodzi. To chyba rozmowa nie na telefon. Jak przyjedziesz to ci wyjaśnię.

-Nie przyjadę! Już powiedziałam, że nie będę mogła. Rób sobie jak chcesz!- odłożyła słuchawkę.

Minęło kolejne dwa dni. Nie miał odwagi do niej zadzwonić. Czuł się źle z tą sytuacją. Nigdzie nie wychodził. Tylko on i cztery ściany, i muzyka. Ona była jak znieczulenie. Po dłuższej przerwie zjawiła się u niego w mieszkaniu. Wesoła i pełna energii. Ben był lekko podenerwowany. Postawił herbatę na stoliku i usiadł obok niej.

-No, proszę, co chcesz mi powiedzieć?- cicho zapytał Ben.

Siedział ze skrzyżowanymi nogami, wpatrując się w podłogę. Jego twarz nabrała smutnego wyrazu. Wyglądał jakby chciał ukryć przed nią swoje emocje.

-Mam wrażenie- zaczęła niepewnie-że nie potrafimy ze sobą rozmawiać, że to co jest między nami opiera się na zasadzie: „ja dla ciebie tak, ale ty dla mnie nie”. Twoja reakcja na moje zaproszenie, zupełnie mnie zaskoczyła. Skoro nie chcesz do mnie przyjechać to tak naprawdę nie zależy ci na tym, żeby mnie poznać. Więc, o co ci chodzi? Miejsce i ludzie, z którymi mieszkam, to wszystko mówi, jaka jestem. Bardzo mi na tym zależy, ale nie będę na tobie nic wymuszać. Milczał, jakby nie miał żadnych argumentów na swoją obronę. Chciał jej wytłumaczyć, powiedzieć, że nie ma racji, że to nie tak, ale nie potrafił. Nie umiał przekazać tego, co czuł.

-Jak mam z tobą rozmawiać? Nawet na mnie nie patrzysz- powiedziała smutno.

Odwrócił głowę spoglądając jej w oczy.

-To dla mnie za szybko, boje się. Nie jestem na to gotowy- wyszeptał.

Czuł, że rozumie jak mu z tym źle. W jak trudną wciągnęła go sytuacje.

-Zostawmy to- dodała po chwili.- Teraz mnie przytul.

Zaskoczyło go to zupełnie. Nawet pomyślał, że się przesłyszał. Ale gdy zbliżyła się do niego najpierw delikatnie ją objął a później mocniej, wtulając twarz w jej włosy. Była przy nim, ale czy ona go rozumie. Obawiał się, że nie. Nie zależało mu, by ją poznać taką, jaka jest naprawdę. Wystarczały mu, jego wyobrażenia o niej. Przeglądał się w niej jak w lustrze, wyświetlał na niej siebie, co dawało mu poczucie, że staje się dobrym człowiekiem. Zachwycał go ten obraz, a jednocześnie złościło, że nie potrafi inaczej.

Rozdział 5

-To już tu- pomyślał- i wstał by wysiąść.

Wera już czekała. Patrzyła jakby z niedowierzaniem, że dał się przekonać, że nie wymyślił w ostatniej chwili jakiejś głupiej wymówki. Mieszkała w dość dużym domu, w jednej z lepszych dzielnic w mieście. Weszli do środka. Czuł się bardzo nie pewnie. Wszystko było takie obce, zupełnie z innej bajki. Nie tak sobie to wyobrażał. Rosło w nim przekonanie, że tak bardzo się różnią. Ona pochodzi zupełnie innego świata.

-Widzę, że się denerwujesz- mówiła do niego Wera. –Nawet nie wiesz jak się cieszę, że tu jesteś.

-Nie. Nie denerwuje się- próbował dodać sobie więcej odwagi.

Trudno było z nim rozmawiać. Coś było nie tak,. ale on nie chciał tego przyznać. Pokazała mu kilka swoich wybranych zdjęć. Oglądał je bardzo dokładnie. Ale nadal nie potrafił się wyluzować. Siedział spięty, nie był pewien czy taka Wera mu się podoba. Co on mógł jej zaoferować. Przerosło go to zupełnie.

-Co się stało? Żałujesz, że tu jesteś?- zapytała z niepokojem, siadając blisko niego.

-Nie- kłamał.

-No, więc co?

-Boje się, że my do siebie nie pasujemy- nie był do końca przekonany, dlaczego jej to mówi.

-Dlaczego tak myślisz?- zapytała zdziwiona.

-Dużo o mnie nie wiesz, nie zawsze taki byłem.

-A może, dla mnie nie ma znaczenia, co takiego robiłeś w przeszłości. Liczy się to, co jest teraz- przerwała mu lekko zdenerwowana.

-A jak ci powiem, że nie wierze w Boga, a widzę, że dla ciebie jest On bardzo ważny- wymówił pewnie jakby chciał jej udowodnić, że ma rację w tym jak bardzo się różnią.

-Co takiego się wydarzyło, że nie wierzysz?

-W pewnym momencie spadły mi klapki z oczu i zobaczyłem jak jest naprawdę.

-A jak jest naprawdę?

-To wszystko nie ma sensu.

-To zawsze może się zmienić.

Przytuliła się do niego, z jej oczu popłynęły łzy. Pocałowała go, on jednak był obojętny.

-Rozmowa między nimi, była płytka. Odprowadziła go na przystanek.

-Zadzwonię do ciebie jeszcze jutro i dokładnie ci powiem, o której się spotkamy- obiecywał nieszczerze.

Rozdział 6

Wera przyszła do jego mieszkania niepewna czy go zastanie. Otworzył jej drzwi. Ubrany był w podarty podkoszulek i spodenki. Jego twarz z kilku dniowym zarostem wyglądała jakoś inaczej. Obojętność, z jaką ją przywitał, pogłębiła jej żal. Usiedli na łóżku. Nawet na nią nie patrzył. Siedział z założonymi rękami, jak by był zupełnie nie obecny. Rozmawiał z nią zmuszając się do jakich kolwiek odpowiedzi, które składały się z jednego słowa: „tak” lub „nie”.

-Chcę ci pomóc-mówiła do niego.- Nie możesz zamykać się w sobie, proszę zaufaj mi.

-Nic nie poradzę już taki jestem. Mówiłem ci, że nic mnie już nie zmieni.

-Powiedz, co takiego się stało?

-Nic się nie stało, nie wiem, nie mam ochoty o tym rozmawiać.

Gdy chciała go przytulić odsuną się od niej.

-Jak mam to rozumieć? Powiedz mi, co się z tobą dzieje?- zapytała cicho.

Milczał. Twarz ukrył w dłoniach, jakby nie chciał, by na niego patrzyła.

-Nie zamykaj się w sobie. Zasługuje na jakieś wyjaśnienie- dodała z rozpaczą w głosie.

-Na niczym mi już nie zależy- mówił wściekły, jakby chciał jej zrobić na złość.

-A ja, na mnie też ci nie zależy?- wtrąciła ze łzami w oczach.

Milczał.

-Na niczym- odparł po chwili.- Zupełnie na niczym.

-Po, co było to wszystko. Po co mnie zaczepiałeś.

-Sam się zastanawiam, co to było- przerwał.

Siedzieli w ciszy. Jej obecność cieszyła go i zarazem irytowała. Sam nie wiedział, czego chce. Ból rozdzierał mu serce.

-Ben, bałam się o ciebie, gdy nie dzwoniłeś przez te parę dni- mówiła bardzo cicho jak by sama do siebie.

- Śniło mi się, że miałeś wypadek. A teraz czuje jakbym straciła jakąś część siebie. Boli mnie to, jak mnie odtrącasz.

Słuchając tego, jeszcze bardziej czuł się zagubiony. Nie rozumiał teraz sam siebie. Nie rozumiał, dlaczego ją rani. Jest dla niego kimś ważnym, a nie potrafi jej tego powiedzieć. Okazuje tylko złość, jako system obronny, który został mu z dawnych lat. Pocałowała go w policzek, i wyszła bez słowa.


Zegar wybijał już piętnastą godzinę. Wstał wreszcie z łóżka. Bezwładnie i z niechęcią otworzył okno. Powietrze trochę go orzeźwiło. Wziął butelkę z wodą i pił. Czuł duże pragnienie. Otworzył kolejną. Nicość powracała w jego serce. Oddychał nią. Ten sen przypomniał mu to, co tracił.

-Co mam zrobić, żeby uwolnić się od tego wszystkiego- mówił do siebie.

Obojętnością gasił żyjące w nim uczucia. Nieskutecznie, one paliły mu serce. Były jego nadzieją a zarazem karą. Coś jednak rozbudza w nim siłę, coś albo ktoś. Chciał być sam, a jednak miał wrażenie, że tak nie jest. Siedział w ciszy. Ciężar beznadziei przygniatał go jak potworny głaz.

Advertising
  • linki