Opowiadanie:Piorunochron, czyli bohater drugoplanowy albo gwiazda, która nie błyszczy
Z Otwarta Kultura
| Piorunochron, czyli bohater drugoplanowy albo gwiazda, która nie błyszczy | |
| Typ utworu | opowiadanie |
| Główny, pierwszy autor | Przykuta |
| Udostępnione na licencji: Creative Commons Attribution ShareAlike w wersjach 3.0, 2.5, 2.0 oraz 1.0 | |
Kiloks Naitsabesi
W starym opuszczonym domu, włócząc się w poszukiwaniu wody i żywności znalazłem na poddaszu popękane lustro, zaklejone kawałkami papieru. Na podłodze walało się mnóstwo jakichś stroniczek. Gdy się im przyjrzałem, zauważyłem, że mają ze sobą coś wspólnego. W stopce, na każdej z nich umieszczone było to samo słowo: LAŻ. Zacząłem przeszukiwać pokój w nadziei, że uda mi się skompletować wszystkie strony. Były na nich wypisane jakieś mrzonki, wspomnienia, które powoli zaczynały mi się układać w całość. Nie miałem dużo czasu. Oni nadchodzili. Na schodach prowadzących na dach niektóre strony tworzyły coś w rodzaju traktu - ścieżki. Były jakby czymś do tych schodów przyklejone. Delikatnie, tracąc cenne minuty i opadając z sił, co spowodowane było pustym żołądkiem, zacząłem w ślad za nimi wchodzić na dach.
Owiewany wieczornym wiatrem zauważyłem łopoczącą na starym drucie kartkę. Widniał na niej napis:
Piorunochron,
czyli drugoplanowy bohater albo gwiazda, która nie błyszczy
Spis treści |
Piorunochron vol. 1vii Przygoda wstępna
Bajka o przedświcie
<Głęboko> Stukot kopyt Zagłusza brzęczenie żarówki Kulawy koń Otwiera piwnicy drzwi
<Melorecytacja> Walizka Z kotem wędruje na stół, na tarczy Księżyca zmienia się czas, Elwis Presley w kapliczce znów uśmiecha się
<Głęboko> Pijany żołnierz Wyciąga z jałówki nóż Gdzieś nad mleczarnią Unosi się dym
<Melorecytacja> Zardzewiały Żuk zbiera w ciemnym lesie zakręt, Pod wzgórzem Grojec wbity w pole pług, Człowiek Lustro zakręca na twarzy bączka
Rozdział 1. Jajko
Paradoksalnie, świat, w którym żył Piorunochron był ubogi i jednocześnie na tyle skomplikowany, by istnienie w nim Piorunochrona miało sens. 24 kościelca, długiego jesiennego miesiąca, siedział wieczorem w swoim mieszkaniu na parterze familoka. (Ten dzień przyporządkowany był Pyjtrowi M. i Gielowi M). Skubał jajko zastanawiając się nad naturą chaosu i przypadku. Nie były to ani rozważania filozoficzne ani matematyczne spekulacje. Chciał poprzez tę czynność zrozumieć swoją egzystencję w otaczającym go świecie. Od wielu dni próbował wyjaśnić, czym naprawdę jest Gildia Izolatorów i jaki jest jej związek z Twórcą Piorunochronów. Wieczory przychodziły coraz prędzej i mniej słonecznych promieni wpadało do jego jednoizbówki, zaś on wpadał w coraz większą zgryzotę. Rzadziej wychodził z mieszkania, a wykonywanie rutynowych czynności wydłużało mu się w nieskończoność. Gdzieś za nim, na szafce, stał kubek z ostygłą kawą, obok niej odrdzewiacz, który polecał mu pić ślusarz-zegarmistrz. Chciał wstać i podejść do niego, ale jakoś nie potrafił się podnieść. Tuż obok na piecu, na tracącym swe ciepło czajniku, suszyły się skarpety.
Wiedział, że jeszcze kiedyś wyjdzie. Jednak nie było mu dane wiedzieć jak prędko to nastąpi.
Wcześniej czasami wyciągał swe gnaty na zewnątrz. Wtedy zazwyczaj spoglądał w górę, w błękit. Promienie Słońca odbijały się wówczas od jego zwodu i biegały po oknach. Lecz teraz siedział tylko przy stole lub leżał w łóżku. Zapasy żywności robił co parę dni, wysyłając po nie Matkę B., która nigdy nie mogłaby odmówić tej przysługi. Siedział. Powoli odrywał skorupy od białej powierzchni jajka, jak gdyby ćwiczył się w odgadywaniu linii pęknięć. Znane mu z czasów szkoleń ćwiczenie polegało na zarysowaniu miejsc załamania skorupy po poprzednim określeniu miejsca uderzenia. Następnie należało jajko z zarysowanymi liniami sfotografować i uderzyć z deklarowaną wcześniej siłą. Uderzać należało oczywiście łyżeczką. Po uderzeniu należało wprowadzić korekty w strategii rysowania zarysów przewidywanych pęknięć W ten sposób, skubiąc jajko, przystosowywał własny mózg do rozgryzania problemów z klasy NP., czy też non-P. Biorąc pod uwagę jego położenie zawodowe, nie musiał już myśleć o ćwiczeniach. Czas jego eksploatacji dobiegł końca. Zaproponowano mu zdjęcie piorunochronu, ale się nie zgodził. Poprosił tylko o poprawienie izolacji. Niestety, na rzetelną konserwację masztu nie mógł liczyć. Dobrze, że chociaż w sąsiedniej klatce odnalazł ślusarza, który zajął się korozją. Nad głową brzęczała mu żarówka. Od czasu do czasu na stole przysiadywała mucha. Jego świadomość jednak nie skupiała się na tych zdarzeniach. Po ostatnich wypadach w teren był już w stu procentach przekonany, iż wypracowana przez niego teoria zająca zaczyna się sprawdzać. Wyznaczono go, jak mniemał, by zmobilizował jakichś innych Piorunochronów do skuteczniejszego działania, gdyż mieli go zastąpić. Później okazało się, że miał rację, lecz nie to go przygnębiło. Już dawno, przed pojawieniem się konkurencji, przewidział ją i pogodził się z jej istnieniem. Najgorszym miało być pojawienie się wedle niego Odgromników, Wesołych Chłopców. Ci ostatni, podobnie jak wcześniej Twórcy Piorunochronów, mieli zdominować rynek bohaterów. Jednakże Odgromnicy wbrew istnieniu jakichkolwiek twórców, sami mieli powołać się do istnienia. Wiedział, że będą bardziej skuteczni. Przypuszczał, że cywile będą mogli wśród nich przebywać nawet w czasie ekstremalnych warunków pogodowych. Jego myśli ciągle krążyły po jednym torze, jak gdyby były wiezione pociągiem ze znajdującym się weń samo-nakręcającym się żyroskopem. Chciał wiedzieć, kto wpłynął na to, że stał się tym, kim jest. Jajko zostało obrane do ostatniej skorupki. Całkiem zimna kawa wylądowała w końcu na stole. Obok niej znalazł się też majonez i powoli, za pośrednictwem łyżeczki, zaczął zbliżać się do jaja. Majonez. Ten świat wydawał mu się coraz bardziej dziwny, mimo, iż tkwił w nim od samego początku. Otaczający go ludzie mówili jakby własnym nie dającym się przetłumaczyć językiem. Nie potrafił tego sprecyzować. W każdym bądź razie niektóre ich poczynania wywoływały w nim niepokój. Matka B, przynosząc mu rano zakupy, poinformowała go, iż delegacja roboli z familoka zaniosła Człowiekowi Lustro bączka posmarowanego majonezem. Tak więc Człowiek Lustro został wybrany.
Rozdział 2. Bączek
Człowiek Lustro trzymał bączka w palcach. Obracał nim w tę i we wtę. Spoglądał przez bezwstydnie obnażone okno w przestrzeń nocy. Palce nieświadomie okręcały bączkiem w rytmie migotania księżycowych lamp. Czas mijał. Nie spóźniał się nawet o sekundę. Z Luny na Ziemię dochodziła właściwa informacja. Odbijała się od tafli Człowieka Lustro i wracała zafałszowana do Księżyca. Fałsz, prawda i paradoksy. Te trzy rzeczy ciągle wędrowały wokół niego. Wszystkie trzy były w nim i były nim samym. Kłamać mogło wszystko. Nawet okno, przez które oglądał świat i siebie, zwierciadło w jego pokoju, pokazujące jego stukrotne oblicze. Czasami wydawało mu się, że nawet szyba jego świadomości nie należy tak naprawdę do niego. Wbijał wzrok w czerwone, księżycowe cyfry. Siłował się z czasem. Walczył z pamięcią, próbując ją zmusić do tego, by przypomniała mu, kim był wcześniej. Wcześniej, nim zaczął się zastanawiać, kim naprawdę jest. Cyfry na Lunie zmieniały się. Jego pamięć kliknęła do tamtego wieczoru, gdy po raz pierwszy stanął przed lustrem z tym desperackim pytaniem. Już wtedy wiedział, że żadna odpowiedź nie będzie w stanie go zadowolić. Czas mijał, a on wówczas coraz głębiej spoglądał w swe źrenice. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Bez słów, bez słownych myśli. Jego instynkt samozachowawczy powoli, lecz systematycznie zanikał w tym dziwnym procesie pytań i odpowiedzi pozbawionych jakichkolwiek środków wyrazu. Jedne okna otwierały się, a inne zamykały, uderzając delikatnymi kliknięciami o futryny. Niekiedy, wczesnym popołudniem, wpadały do pokoju krótkie błyski z podwórka Czasami jego twarz je odrzucała, czasami odrzucały je inne bezosobowe twarze w pokoju. Choćby nie wiadomo jak się starał, nie potrafił wyrzucić z siebie ani jednego fotonu. Nie potrafił zabłysnąć. Leżał. Patrzył w szary, teraz prawie czarny sufit, przy okazji zerkając glinianej figurce pod sukienkę. Delektował się ciszą, jaką wydawała stopa tancerki wwiercającej się w jego powierzchnię. Dwa ciche bąki. Jeden na niebie, drugi tuż pod nosem. Warstwa majonezowego tłuszczu malowała mu na szklanej tafli usta w kształt przedziwnego grymasu. Wokół ust pojawiały się mniejsze i większe okruchy. W końcu na jednym z nich bączkowi podwinęła się noga i upadł z wielkim zgrzytem. Życie Człowieka Lustro też było jak wielki bąk. Póki się kręciło, twardo stał na nogach. Póki w jego życiu był ruch, wszystko było na swoim miejscu. To tak jak z ruchomym frontem, tak jak z tańczącym wojownikiem. Ciągle należało dostosowywać się do rzeczywistości. Ten, kto jest jej odzwierciedleniem, jest stroną wygraną. W życiu, bowiem wygrywają idealni oportuniści. Czasami jednak pojawiają się okruchy, fałszywe informacje, na których człowiek może się potknąć, na które musi wpaść wykonując rytuał codzienności. Człowiek Lustro zrzucił z siebie drobimy kaolinu. Bączek zawirował na nowo, lekko kuśtykając, a jego ruchy stały się bardziej nieprzewidywalne.
Rozdział 3. Stukot
Piorunochron tępym wzrokiem patrzył przez okno na nadchodzące deszczowe chamery, jego największych wrogów. Zachowywały się tak, jakby próbowały ścigać się z nocą w zaciemnianiu nieba. Bezmyślność wrzuciła go w stany oniryczne. Z majaków zbudziły go dopiero drgania podłogi. Jak utrzymywał, ich przyczyną był podziemny pociąg, kursujący tam i z powrotem, dzielący każdej nocy jego sen na kilka epizodów. Drgać zaczęła pajęczynowa firanka zawieszona przed oknem. Ziemia stękała, a jej niespokojny oddech stawał się coraz bliższy.
Regularne pomruki sfer niebieskich dublowały niezidentyfikowane rytmy podziemnego świata. Raz po raz pojawiała się ściana groźnego dźwięku. Gdzieś przed tym murem w końcu pojawiać zaczęły się błahe, lecz dźwięczne uderzenia kropel wody o szkło, blachę i asfalt, czemu towarzyszył syk i niewielkie tumany kurzu. Zarówno syki, jak i tumany nie były dostrzegane przez Piorunochrona. Ten niezbyt narzucający się zwiad kilkuset niebieskich towarzyszy był zapowiedzią ataku wodnej kawalerii. Pierwsi niebiańscy jeźdźcy zaczęli szturmować budynek, próbując wedrzeć się doń przez okna. Ich dalecy krewni próbowali w tym samym czasie wydostać się na zewnątrz filiżanki w mieszkaniu Piorunochrona.
Najgorsza rzecz dla Piorunochrona to rdzewienie po burzy. W czasie, gdy cała reszta może czuć się wreszcie bezpiecznie, każdy Antyflesz musi walczyć z korozją, rodzącą się w następstwie perwersyjnego zwilżenia, zachodzącego wówczas gdy krople wody delikatnie bądź gwałtownie obłapują jego ciało. Wydawało mu się, że tu, w familoku jest bezpieczny, osłonięty, mogący odpoczywać i nie myśleć o tym całym błocie, które spotyka bohaterów drugoplanowych po zetknięciu się ze śmiercionośnym przeciwnikiem. Dwie krótkie myśli pojawiły się w głowie Piorunochrona. Obawiał się tego, iż opowieść zegarmistrza o kulawym koniu chodzącym w piwnicy może okazać się prawdą. Druga myśl powędrowała w kierunku tworzącego się nad oknem zacieku, który nagle zaczął wydostawać się spod maskującej go, niedopranej zasłony. Krople Wody dziesiątkami zaczęły przedzierać się do mieszkania. Budynek nie był dobrze od nich odizolowany. Dobiegający z dołu pomruk zaczął przemieniać się w delikatny, miarowy stukot. Jedna z Kropel Wody znalazła w topografii sufitu drogę wyjścia z zacieku i poprowadziła watahę w kierunku lokalnego centrum terenu. Małe drobiny cieczy wpadały raz po raz do głębokich wąwozów. Niektóre musiały pozostać tam na stałe. Część, czekając na posiłki, blokowała się przed wzgórzami. Niektóre próbowały szukać alternatywnych dróg, przez co cały twór poruszał się jak ameba, próbując odnaleźć ostateczne minimum sufitu. W całej tej aferze brał dodatkowo udział wiatr, który poprzez szpary w ścianie próbował wydymać zasłonę i pociskał krople wody na sam środek zwapniałego oceanu. Piorunochron przestał oglądać ten przerażający spektakl. Ocknął się po raz drugi. Wstał. Kolana szczęknęły po wielu godzinach bezruchu. Ruszył w kierunku drzwi. Niezidentyfikowany stukot, ciężki jak końskie kopyta, pomagał kroplom kawy wydostawać się na zewnątrz. Piorunochron nacisnął klamkę. Przynajmniej w ruchu, w działaniu nie czuł się cytatem. Wyszedł na korytarz. Pochylając głowę, ruszył w kierunku piwnicy. Wydawało mu się, że nic nie będzie w stanie go powstrzymać. W miarę, jak zbliżał się do celu, pomieszczenie wydawało się coraz ciemniejsze. Ze ściany korytarza dwa koty - płaszcza próbowały przedostać się do trzeciego wymiaru. Gdy tak idąc, pochylał głowę coraz bardziej ku ziemi, jego wzrok coraz bardziej skupiał się na małych przedmiotach znajdujących się na podłodze. Jednym z nich okazał się pet na jedną chmurkę z zamontowaną zapałką, oklejony jakąś dziwną, przyschniętą substancją. Piorunochron podniósł go i umieścił w kieszeni wełnianego swetra, na dnie której wyczuł ostry, przydługawy przedmiot. Gwóźdź. Przypomniał sobie, dlaczego go tam włożył. Uzbrojony weń podszedł do smolisto – szarej ściany i wyskrobał na niej bez cienia emocji napis: „Krople Wody”, licząc na to, iż ktoś w końcu go odczytali. Stanął na moment przed drzwiami piwnicy i wówczas pociemniało mu w oczach. Gdzieś za nim rozległ się wysoki pojedynczy dźwięk. To krople wody kolektywnie spuściły się na bzykającą żarówkę. Stukot ustał. Zaległa ciemność i cisza. Z tej ostatniej powoli przedostawał się do jego uszu nieuporządkowany szum atakującego deszczu. Piorunochron zawrócił. Postanowił odszukać latarkę. Z pokoju Matki B. wyłowił brzmienie telewizora. Sączyła się z niego smętna nuta:
Jajko ścina się w gotującej wodzie. Krople wody skraplają się w chmurze. Porządek generuje się z chaosu. Z wolności powoli rodzi się niewola.
Rozdział 4. Ślady
W sakramenckich ciemnościach czas przestał istnieć. Nie dochodził znikąd. Delikatnie otwierając poszczególne szuflady, Piorunochron próbował sobie przypomnieć rozmowę ze ślusarzem na temat misternego zgrywania się rzeczywistości z czasem. Z pamięci długotrwałej potrafił wyłowić jedynie to, iż w świecie, w którym nie ma żadnych zmian, czas nie istnieje. A w jego życiu nie było żadnych zmian. „Żadnych znaczących zmian”. Dodał w myślach. A jeżeli nie są znaczące, to i czas nie może mieć dla niego żadnego znaczenia. Tak, więc, siłując się swym zobojętnieniem wobec świata z jednym z najważniejszych jego ojców, próbował unieważnić tego ostatniego. Ale nie mógł tego zrobić. Wbrew sobie, a raczej słuchając się instynktu, zaprogramowanej konieczności dziejowej, czyli bezwolnie, poszukiwał latarki i w jej odnalezieniu widział sens chwili. Wiedział, że w czasie odgrywania swej roli obserwator zdobędzie nad nim przewagę. Myślał jednocześnie o ślusarzu i o tym, który go obserwuje. Ślusarz wydawał mu się być osobą na właściwym miejscu. Człowiek o dwóch profesjach. Prawdziwy fachowiec, który ostro zapylał przy robocie. Jako zdegradowany poprzez bardziej zaawansowaną technologię zegarmistrz, próbował z tą technologią walczyć. Nie był jedynym należącym do nienazwanej przez Nikogo w tym świecie Partii Popierającej Produkcję Zegarków bez Wyświetlacza. To właśnie tacy jak on, a właściwie jemu podobni, dokonali czynu, jakim było umieszczenie wielkich, czerwonych lamp na Księżycu. Był to misterny plan, tak jak misterne mechanizmy starych czasomierzy, czy nawet firanki w drzwiach jego gabinetu.
Piorunochron przypomniał sobie kurz, który unosił się, gdy ślusarz leczył jego zwód z korozji. Te małe niepozorne drobinki układały się na wzorze firanek. Paradoksalnie nie psuły go, lecz nadawały mu nowe oblicze. Nie pamiętał już, kiedy go odwiedził. Tyle tam było zegarów.
W końcu latarka się znalazła. Była umieszczona za kromką zeschniętego chleba. Niestety, walające się przy niej baterie były tak samo bezużyteczne jak nośniki energii znajdujące się w jej wnętrzu. Cóż, kolejna przygnębiająca wiadomość. Piorunochron na chwilę postanowił wrócić do unieważniania czasu i zajął się jałowymi spekulacjami przyczyn, dla których jego sąsiadkę nazwano Matką B. w drelichu. Odłożył jednak natychmiast te rozważania na czas, w którym będzie przechodził obok jej mieszkania, bowiem w otwartych drzwiach elementu umeblowania, zwanego tutaj egzotycznie byfyjem, zauważył karbidkę. Węgiel i wapń. Dwie życiodajne struktury. Piorunochron nie obawiał się ciemności jego własnego umysłu. Konsekwentnie wyłapywał i unieważniał wszystkie przebłyski myśli. Matowe światło rozlało się po pokoju. Cień Piorunochrona ominął dryfującą w nieznane kałużę i podążył za swym panem na korytarz. Teraz jedynie płomień określał zmienność rzeczywistości. Pomniejszał i powiększał biegające po ścianach kontury swego stworzyciela. (Piorunochron dowiedział się kiedyś od ślusarza, że kilka poziomów pod piwnicą znajduje się jaskinia, w której siedzą tutejsi robole przy tlącym się węglu i oglądają cienie). Ogień zamigotał burzliwie, z zewnątrz doszedł ostrzegawczy pomruk, nad ramieniem Piorunochrona przemknęło chłodniejsze powietrze. „Jeżeli dzięki pokładom węgla znajdującego się w jaskini mógł istnieć ogień, jeżeli ten ostatni wnosił zmiany, to węgiel powinien być substancją znaczącą”. Mimo, iż mózg Antyflesza przechwytywał wszystkie błyskotliwe myśli i zbyt prędko postawione wnioski, wyrzucając je na śmietnisko pamięci, nie mógł powstrzymać percepcji. Zbliżając się do prowadzących na piętro schodów, Piorunochron zauważył ślady. Niby nie było w nich niczego nadzwyczajnego, jednak odciski zostawione po gumofilcowych butach zaniepokoiły nosiciela karbidowego światła. Nie wiedząc czemu, ruszył w poszukiwaniu przyczyny - stworzycielki owych semeiów. Błoto pozostawione przez czyjeś filcoki wyglądało na niezmywalne. Jego strzępy walały się grubymi pokładami na niższych stopniach i marniały na wyższych. Przypuszczalnie w skład tej czarnej substancji wchodziły drobiny węglowe. Piorunochron nie mógł się dopatrzyć w nich żadnego znaczenia. Coś było w nich jednak niewłaściwego. Na pierwszym stopniu znajdował się ślad po lewym bucie, Piorunochron umieścił na tym stopniu lewą stopę. Na drugim stopniu był ślad po prawym bucie. I analogicznie, na drugim stopniu wylądowała prawa noga człowieka z drutem na głowie. W ten sposób dążąc do finiszu wspinaczki Piorunochron zauważył w końcu, iż kładzie lewą nogę na stopniu, mimo iż znajduje się na nim ślad po prawym filcoku. Podświetlił błoto karbidką i zniżył swą głowę prawie do powierzchni stopnia. Chociaż w kawałkach błota znajdowało się dużo węgla, nie zaobserwował w nim żadnego ruchu, żadnej zmiany. W tej mazistej, węglowej substancji nie było oznak życia. Z dalszej perspektywy był to jednak jakiś znak. Piorunochron przybliżał i oddalał głowę od stopnia. Podnosił i opuszczał karbidkę.
Rozdział 5. Zmora
W czasie, gdy Piorunochron odgrywał ichnologa - amatora, Człowiek Lustro zbudził się z potem na twarzy. Lękliwie spojrzał w okno, jednak nie ujrzał w nim żadnego promyka nadziei. Księżyc został przesłonięty burzowymi chmurami. Te zaś nie wyrzucały z siebie fotonowych wiązek. Chciał wstać, podnieść się, lecz nie mógł. Jakaś gąbczasta, ciężka i smolista postać siedziała na nim, ni to okrakiem, ni to płasko przywierając do jego powierzchni. Człowiek Lustro zaczął wsłuchiwać się w bicie swego serca. Czarna postać, której w ciemności nocy nie mógł zobaczyć, jeno domyślał się jej konturów, podchodziła coraz bliżej miejsca, w którym ukryły się ostatnie fragmenty jego samoświadomości.
Poprzez bezmiar niepokojącego dudnienia serca mięśniowego, do małżowin usznych i znajdujących się głębiej membran i ślimaków dobiegł odgłos, który trudno by było nazwać stąpaniem, lecz jeszcze trudniej szuraniem. Jak mniemał leżący na swym łóżku zwierciadlany człowiek, odgłos ten dochodzić musiał spoza siedzącej na nim zwalistej bryły.
Gdyby nie owa postać dziwna, niepokojąca, której zrozumieć nie mógł leżący pod nią Człowiek Lustro, spostrzegłby, iż w niezakłóconej do tej pory ciemności, pojawia się coraz wyraźniej szczelina. Biała plama nikłego światła zaznaczała bowiem, choć trudno mówić o zaznaczaniu, gdy nie ma obserwatora, szparę pod drzwiami, oświetlając coraz intensywniej ich dolną krawędź, jak i nie dający się sprecyzować w opisie kawałek podłogi. Ta podprogowa informacja nie mogła jednak do niego dotrzeć. Piorunochron podchodząc do izby, w której mieszkał Człowiek Lustro, wahał się przed otwarciem drzwi i bacznie obserwował swą rękę sunącą w kierunku klamki. Zbyt dobrze wiedział jak nikła stała się jego istota i jak mało jest ważna w świecie, w którym się znalazł. Gdy zaś zauważył banał tej myśli, skurczył się w sobie, aż poczuł ból w żołądku, ten sam, który nie pozwalał mu spać w nocy, nie pozwalał mu też na jakiekolwiek działanie. Nadal myślał, iż cokolwiek robi, unieważnia czas. Dzięki temu zaś może unieważniać ból, który brał się z braku ekonomicznej nadwyżki w jego wyeksploatowanym życiu. Wiedział, że są drzwi, których nie potrafi otworzyć. Wiedział, że za nimi kryje się niespodzianka. Na nią jednak nie był gotowy. Przestał myśleć o piwnicy. Klamka wydała skrzypiący dźwięk, ostrzegając w ten sposób przed jego nadejściem, znajdującą się wewnątrz publiczność. Mimo, iż drzwi otwierały się, Piorunochron apatycznie przyglądał się powiększającej się szparze. Oczy połykacza błysków nie były przyzwyczajone do widoku tego, co wydawać by się mogło niemożliwe; unieważniały pomieszczenie, które oglądały: przewróconą miotłę; szczoteczkę do zębów, która wypadła z dziurki od klucza; ułożoną w przerażających strukturach pościel przykrywającą Człowieka Lustro; w końcu tego ostatniego. Cokolwiek można by było powiedzieć lub napisać, Piorunochron miał spore problemy ze zdefiniowaniem sytuacji. Ciemna masa zalegająca przestrzeń pokoju ulotniła się. Piorunochron poczuł niepokój. Obawiał się dialogu, który miał nadejść. Obawiał się, bo nie był nań przygotowany. Człowiek Lustro zaś z pozycji ofiary starał się usprawiedliwić przed sobą psychiczną kontuzją własną bierność. Z powodu milczenia tego, który stanął w progu jego mieszkania, nie mógł się odpowiednio do tegoż dostosować. Nie chciał spoglądać na niego bezpośrednio, przynajmniej nie tak od razu. Gdyby tylko udało mu się znaleźć jakieś odbicie, jakiś cień, na którym mógłby się skoncentrować. Ten, który stanął w progu, coraz bardziej zaczął odczuwać nastrój panicznej ciszy. Wyczuwał raczej, iż brak akcji w ciągu kilku następnych chwil spowoduje nieodwołalne utwierdzenie go na pozycji drugoplanowych bohaterów. Nasłuchiwał nawet, czy nie wchodzi po schodach któryś z Wesołych Chłopców, by dokończyć dzieła. Gdyby jego myśli nie wyprzedzały się wzajem z tak potwornymi prędkościami, może którąś zdążyłby wypowiedzieć. Wszedł jednak i zamknął drzwi. Pokój na nowo ogarnęła ciemność. Jedynie jego stopy rzucały miałki cień u swego podłoża. Nie potrafił sobie wytłumaczyć, dlaczego karbidkę zostawił na zewnątrz. Spojrzał w dół. Mimo, iż nie było tam żadnych jednoznacznych sygnałów, odczytał informację podprogową: miotła, szczoteczka do zębów, pościel. Mógłby powiedzieć „zmora proletariatu”, ale dobrze wiedział, że tamten do tego doszedł o wiele wcześniej. Piorunochron wiedział, dlaczego tu przyszedł, chociaż ani on, ani ten drugi nie byli zwolennikami teleologii. Zresztą, jak sobie spekulował, gdyby tamten wiedział, to powinien wstać, by mogli wyjść i wyjechać. Wyjechać, poszukać... Bał się wyrzec tego słowa, bo mógłby je ktoś usłyszeć. Bał się rozglądać za tym kimś, bo ten ktoś mógłby zauważyć jego nieuzasadniony niepokój. Bał się myśleć, by Nikt nie odczytał informacji odkładającej się w jego pamięci. Dlatego właśnie unieważniał czas. Człowiek Lustro obserwował go w odbiciu stojącego na podłodze, lekko przykurzonego kieliszka. Mimo, że nie znał jego myśli, wpatrywał się w nieskoordynowane ruchy człowieka z anteną zamiast czupryny. Nie chciał jednak spojrzeć mu w oczy, by nie zobaczyć w nich światła, co byłoby dla posiadacza płaskiej twarzy zbyt wielkim dysonansem. Zza okna docierać począł do nich donośny śpiew cysterny. Zdrutowana istota bała się tego, który niczym grom rozcina rzeczywistość spokoju i stagnacji, a jednocześnie strukturyzuje czas i przyspiesza akcję. Przestała się więc zastanawiać nad tym ile milionów bliskich jej istot znajduje się w podobnej, zawoalowanej sytuacji. Z kieszeni wełnianego swetra wyciągnęła zmiętolonego peta oraz zapałkę, którą wprawnym ruchem przeciągnęła po filtrze. Spojrzała w lewo, spojrzała w prawo. Zapaliła papierosa. Dwie sekundy później z jej ust wydobyła się wypowiedź. - Czas ruszać – odczytał Człowiek Lustro, chociaż nie był w tej chwili jedynym interpretatorem. Była to niby zachęta, niby rozkaz; lecz nawet jeśli zachęta to niezbyt elegancka. Może przez to, że brzmiała jak słowa, którymi warunkuje się zwierzęta. Jednak Człowiek Lustro wstał. Bądź, co bądź to Piorunochron był tutaj bohaterem. Może i nieznanym, ale i tak lepszym od całego nieopisanego do końca otoczenia. Był jak wyłom, jak rozpadlina w czarnej skale. Jak przewodnik po zakamarkach. Człowiek Lustro nie pytał o nic, nie wiedział o co. Piorunochron otworzył drzwi i wyszedł. Stanął jeszcze na progu schodów i spojrzał w dół. Pociągnął jeszcze raz (sic!) dym z papierosa. To trzeba zakitować – hasło uniosło się w korytarzu, po czym znikło. W ciszy swego sumienia druciak liczył, iż tamten podąży za nim, choć nie wiedział jak zagaić rozmowę - czy przekazać mu jakieś informacje, czy czegoś go nauczyć. Chciał szybciej przebiec schody, jednak nie pozwalały mu na to ani hormony, ani poczucie dobrego smaku. Po prostu wiedział, że takim jak on nie zdarza się żadna okazja do tego, by się z czymś zmagać. Musiał zejść na dół. Zejść. Tylko tyle. Spokojnie i godnie jak przystało na wyeksploatowanego osobnika, jak przystało na Piorunochrona. Klamka zapadła. Człowiek Lustro szedł za Piorunochronem, chociaż ten przerażał go swoją masywnością. Cień, który chciał ujrzeć, sylwetkę, spazmatyczne drgawki – to wszystko musiał teraz obserwować. Liczył sekundy, które zbliżały Piorunochrona do parteru. Kroczył za nim, powierzchownie przyglądając się niezatartym śladom. Patrząc na gesty subtelnie kreślone przez ów cień w trójwymiarze, wiedział, kto tutaj kieruje sytuacją. Myślał, że noc już zaczęła przemijać, że kolejne drzwi wpuszczą szarość przedświtu. Oczami wyobraźni widział rozpościerającą się pod blednącym niebem ścianę lasu. Jednak nic takiego się nie zdarzyło. Piorunochron wyprowadził go na zewnątrz w sam środek nocy, która trzymała się dobrze, mimo bijących po trawach reflektorów i prawie, czarno-białych bilbordów. Wychodząc minęli w drzwiach Matkę B., która także nie mogła spać. To spotkanie obu ich podniosło na duchu. Wydawało się im, że w czymś była do nich podobna, chociaż nie zwróciła nawet na nich uwagi, nie podniosła oczu, nie przyspieszyła kroku. Nad portalem familoka ściekał pozostawiony tutaj sam sobie napis, jaskrawą farbą wykonany, najprawdopodobniej wieczorem: CDN.
Piorunochron vol. 2 Epitafium
Rozdział 1. Szyba
Matkę B. zbudziły z porannej drzemki szmery dochodzące zza drzwi jej izby. Drzemała w drelichu i z wstążką Mobiusa we włosach. Zerwała się z łóżka, zabrała ze stołu przekazane jej poprzedniego wieczoru pieniądze przez Piorunochrona. Wyszła na korytarz. Trójka miejscowych roboli wchodziła po schodach na piętro. Byli to robotnicy z piątej zmiany, którzy dorywczo zbierali złom, lub wygrzebywali z hałd węgiel. Mimowolnie zauważyła, iż jeden z nich wyciąga zmięty pakunek z kieszeni ciepłej kurtki zwanej kufają. Kto, jak kto, ale Matka B. zbyt długo żyła w tym świecie, by nie wiedzieć, co się święci. Przez cały tydzień sprzątania obejścia familoka i przybytków świeckich bezpańskich mogła usłyszeć tu i ówdzie o losowaniu. Losowano, bowiem komu ma być dostarczony bączek posmarowany majonezem. Rytualnie ofiarowywany dar dla przybyłego obcego. Podchodząc do sklepu, na jego drzwiach zauważyła kartkę wyrwaną z zeszytu, niezbyt wyraźnie zapisaną: Teorie, pojęcia, eksplikacje. Tanio sprzedam. Wiadomość w sklepie. W sklepie Matka B. kupiła dwa chleby, jeden dla Piorunochrona, drugi dla siebie i swojego syna Jana B., poza tym jajka, masło i kawę oraz majonez. Ulotka na majonezie głosiła, że jest wydobywany w tureckich kopalniach. Jak gdyby własnego nie wydobywano w nadmiarze. Gdy szła w stronę domu, piąta zmiana wychodziła już z klatki. Piorunochron w tym czasie patrzył w okno lub przez okno. Obserwował coś. Matka B. delikatnie postawiła reklamówkę z chlebem i jajkami pod ścianą, prawdopodobnie przekazała mu wówczas informację o robolach i ich wizycie w mieszkaniu Człowieka Lustro, po czym ponownie wyszła na zewnątrz. Niczego szczególnego nie zauważyła. Wróciła do swojego mieszkania. Wzięła wiadro, nalała doń ciepłej wody i nieco benzyny. Do wnętrza wrzuciła jeszcze kawał szmaty. Jak co dzień miała zamiar tworzyć na szybach przybytków magiczne obrazki. Wpierw jednak wytarła schody i korytarz po robolach. Gdy wychodziła, wydawał się jej czysty. Nie zauważyła tylko niedopałka wciśniętego szmatą w szparę podłogi. Oświetlenie w korytarzu pozostawiało wiele do życzenia. Tak przynajmniej myślała Matka B. w drelichu. Po południu wrócił jej syn z pracy, niosąc w rękach dziwny przedmiot. Nie pamiętała by kiedykolwiek wcześniej kłamał, ale tym razem mówił dziwnym językiem, nazywając przedmiot czterowymiarowym krzyżem. O mało co, a zacząłby ją przekonywać o istnieniu czwórcy świętej. Matka B. nakazała swemu synowi, by naprawił teserakt i odniósł go na miejsce, chociaż wątpiła by jej syn nie był już poszukiwany za kradzież. Mimowolną, oczywiście. Na szczęście nie wiedziała, co zrobił z chodnikiem, bo mogłaby wpaść w amok. Rozmowa z synem wywołała u niej kilkugodzinną destabilizację emocjonalną, przez co telewizor, na którym stały porcelanowe słoniki włączyła dopiero wieczorem. Pośród porozmieszczanych w mieszkaniu dewocjonalii znajdowało się wiele zwierząt. Niektóre z nich były egzotyczne, zakupione w księgarni Św. Jacka. Większość stanowiły jednak pamiątki z odpustowych uroczystości. Ich pielęgnacja wymagała sporego wysiłku. Nie były to, bowiem proste odlewy. W niektórych posążkach znajdowało się wiele szpar, do których było ciężko dotrzeć. Matka B. zaś nienawidziła kurzu. Nigdy też nie mogła zgodzić się z tezą, iż porządek może zostać wygenerowany z chaosu. Zanim włączyła telewizor, zacerowała synowi skarpety syntaktycznymi nićmi. Spoglądała w ekran. Sączył się na nim pomarańczowy napis, pytanie o następującej treści: Który mamy rok? Podane były też trzy różne odpowiedzi: 1999 2000 2001 W tym świecie nic już nie było pewne. Nie każdy odbiorca tego komunikatu mógł udzielić właściwej odpowiedzi. W procesie zadawanych pytań i udzielanych odpowiedzi, przeplatanych w różny sposób modyfikowanymi dialogami, Matce B. uciekał czas. Nawet nie starała się go gonić. Wiedziała, kiedy znowu wrzucić ma kawałek materiału, będący pozostałością po zniszczonym niegdyś prześcieradle, do wiadra i wyjść na zewnątrz. Od kiedy definitywnie odszedł od niej mąż nieboszczyk, żyła ciągłym niepokojem. Nie będąc pewną swego statusu w familoku, w świecie szybko zachodzących zmian społecznych, dręczyła się dylematami typu: którego gościa należy wpuścić do mieszkania, któremu zaserwować herbatę, a któremu Wino. Zanim wyszła z mieszkania, do jej kory mózgowej wpisała się treść reklamy: W co wierzą – trudno powiedzieć. Walczą o zasoby. Świat przyszłości jest piękny. Życie w nim łatwe. Niewiele potrzeba do życia, niewiele do śmierci. „Czynnik Ludzki”. W kinach od 15 zimnieczasa. Pośród chłodu nocy uliczny brud zaatakował samochody. Z pietyzmem ręce Matki B. dotykały, czy nawet pieściły szyby pozostawionych przed familokiem pojazdów, mimo, iż wcześniej były one obficie spryskane przez niebiańskiego ogrodnika. Późną, nocną porą, gdy prawie wszyscy już spali, praca nie stawała się przykrym obowiązkiem, była raczej radością dla wykonującej ją pani w średnim wieku. Z owego cichego szczęścia zbudziły ją dopiero narzucające się percepcji kroki z rodzinnego domu. Wykonała ostatnie pociągnięcia szmatą po karoserii Żuka i ruszyła w kierunku budynku. W drzwiach natknęła się na wychodzącego Piorunochrona. Uśmiechnęła się lekko, chociaż pochylając głowę nie mogła liczyć na to, iż uśmiech ten będzie widoczny. Zobaczyła jeszcze podążającą za Antyfleszem parę męskiego obuwia.
Rozdział 2. Piąta zmiana
Zaprawdę Żeleźnioki znają prawdę I widzieli ją po drugiej stronie wzgórza, Gdzie Jezderyny dokonują codziennie Wielkiego urobku semiotycznego węgla. Kruszą go mozolnie, Ale wchodzą coraz głębiej Jezderyny pancerne.
Piorunochron tego dnia, tj. 24 kościelca od rana spoglądał przez okno na ulicę. Była oświetlona o wiele żywiej, niż w ościenne dni rozpoczynającej się właśnie jesieni. Czasami z bezruchu wyłapywał łagodnie uginające się pod ciężarem życia czyjeś sylwetki, przemieszczające się regularnymi trajektoriami. Piorunochron codziennie rano wyszukiwał na zewnątrz jakichś widoków, które mogłyby go uspokoić. Skupiał swoją uwagę na każdym przejawie życia, czy nawet jakimkolwiek ruchu na zewnątrz. Bijąc szpicami ostro w górę, dwie pary czarnych butów zmierzały równym tempem przed siebie. Dwoje młodych ludzi szło chodnikiem. Mimo, iż była to para, nie trzymali się za ręce. Choć nie wiedział dlaczego, owa para, ubrana w spodnie z czarnej skóry i czarne nie dopięte kurtki, dawała mu jakąś nadzieję. Wyczuwał, iż nie przeszli ot, tak sobie obok jego familoka. Wiedział, iż mieli tu jakiś cel. Widział to w ich podbródkach skierowanych w Słońce. Tłumaczył sobie, iż ujrzenie ich mogłoby być nawet celem jego życia. Adam O. i Ewa Z. chodzili od domu do domu, podając się za Sumeryjskich Czcicieli Wielkiego Dymu i rozdając broszurki własnego ugrupowania, w których zawarte były treści wywrotowo – rewolucyjne. Nikt nie wiedział, kim tak naprawdę byli i skąd tutaj przyszli. Byli zsynchronizowani w swej niezależności. Spotkali się, co wydawać by się mogło paradoksalne, na równoległych drogach. Ściągnęli ku sobie, dzięki grawitacji ciężkich myśli i potrzebie zbiorowej jednomyślności. Stali się przez to większą cząstką, umarłą podwójną gwiazdą, przyciągającą wszystkich, którzy zmierzają w podobnym kierunku. Stali się tymi, którzy pędem swoich myśli nie z tego świata porywają z niego, niczym elektrony od atomu, dzieci. Dzieci rewolucji. Z ufnością spoglądał w kierunku starszych mężczyzn, odkręcających kieliszek-zakrętkę z butelki Wiecierochodnej. Byli wobec niego obcy, choć nie wydawali mu się nieprzyjaźni. Nie miał śmiałości do nich przystąpić. Gdyby tylko usłyszał tok ich rozmowy. Ale nie usłyszał. Gdyby tylko przysłuchał się tym rozmowom na jego temat. Nikt, bowiem, nie mógł darzyć Piorunochrona tak wielkim szacunkiem, jak piąta zmiana, choć przecież zupełnie go nie znała. Ich język nie był literacki. Daleko mu było do takiegoż. Matka B. twierdziła, iż porozumiewają się kursywą. Stali tam, przed sklepem. Któryś z nich nakleił na drzwiach ogłoszenie, co wywołało aprobujące gesty pozostałych. Ten świat należał w pewien sposób do nich. Nie dlatego, że czuli się jego właścicielami, czy też jego zarządcami. Nie potrafili nawet panować nad sobą. Byli jednak kreatywni. Domagali się zmian, choć nie potrafili wyartykułować swych żądań. Nie wiedzieli nawet, komu mieliby złożyć postulaty. Stali tam, w dali. Z pewnością o czymś rozmawiali. W ich pustych oczach można było dostrzec, iż byli świadomi epizodyczności własnego życia. Przeczuwali, że nie mogą być niczym więcej jak tylko tłem. Chociaż byli reprezentantami tego świata, Nikt nie chciał ich zaprezentować. Jedynie ci, którzy w jakiś sposób próbowali od nich odstawać, uwidaczniali się w pewnym sensie reszcie świata. Wśród tych ostatnich byli tacy, którzy w tutejszym języku nosili miano żeleźnioków. Piorunochron patrzył w okno, brudnymi dłońmi opierając się o parapet. Przed śniadaniem, obudzony ostatnimi tąpnięciami, zaczął przeszukiwać węglarkę. Chciał wśród czarnych kamieni odnaleźć głosy przeszłości. Niegdyś semiozy często się paliły, gdyż jako wysokie drzewa notorycznie ściągały na siebie pioruny. Piorunochron od czasu do czasu wyciągał z węglarki mniej lub bardziej znaczące (oznaczone) kawałki węgla i wkładał je do szuflady.
Rozdział 3. Jaskinia
W kopalni odkryto pokłady semiozy, Które pochodzą z epoki genesis, Gdzie rosły wielkie drzewa – Semiozy Z tych drzew Adam i Ewa jedli owoce, A później nazywali zwierzęta po imieniu
Adam O. wraz z Ewą Z. musieli tego dokonać. Tylko oni wiedzieli jak. Dlatego też nie wtajemniczyli w to nawet samego Twórcy Piorunochrona. Tego dnia, gdy rzekomo zatruli się owocami semiozy, rozgoryczeni mieszkańcy familoka ścięli sterczące na wielkiej hałdzie drzewo - truciciela. Dla wszystkich żeleźnioków była to wielka radość. Lekarz dwukrotnie orzekł zgon. Mogli więc, jako kopidoły zarobić z racji pogrzebu, a z drugiej strony przy wydobywaniu złomu z hałdy nie musieli się martwić o sterczące korzenie. Adam O. i Ewa Z. zostali pochowani w trumnach, skleconych w szybkim tempie z drzewa, które niby miało ich zabić. Gdy „wbito” ostatnie gwoździe i pozostawiono ich w spokoju na noc, jedno z nich dźwignęło wieko trumny i znalazłszy drugie, razem odeszli z tego świata na jakiś czas. Odeszli z tego świata i stracili w nim jakiekolwiek znaczenie. Powiada się, iż semiozy dawniej gęsto pokrywały hałdy. Starsi mówili, iż były one jeszcze przed hałdami. Według niektórych, ostatnia semioza żywiła się związkami mineralnymi jej odległych przodków. Po jej wycięciu świat stał się opustoszały i tylko niektórzy liczyli na to, że gdy powrócą zatruci młodzi, wówczas znów powróci znaczenie tego świata. Podobno semioza była tak stara, że jej gałęzie przycinano, a powstałe na miejscu konarów otwory zalewano konserwatywnym betonem. Wielu jednak było takich, którzy nie chcieli czekać na zatrutą parę. Sami wyruszyli w głąb, po schodach tylko w części odkrywkowej kopalni złomu, by odnaleźć to coś, czego już nie potrafili nazwać. Słowa mieszkańców tego świata, ich wyrażenia, stawały się bowiem coraz to bardziej upraszczane i niewyraźne. W ich życiu zaczynała dominować anarchistyczna wieloznaczność. Byli też i tacy, którzy po ścięciu semiozy, zerwali potajemnie jej liście i suszyli je, by później móc wypuszczać magiczne dymki, albo miksowali je z różnego rodzaju trunkami. Na jej miejscu pojawiły się dwa pagórki, które Jan B. zdefiniował jako kurhany Adama O. i Ewy Z. Podobno nad wszystkim czuwał Dielektryk, który nie chciał dopuścić nikogo do swoich zapasów semiozy. Jednakże żeleźnioki, wyciągając swego czasu spod ziemi wielki kawał blachy, zauważyli, iż pod nim znajduje się przejście na niższe kondygnacje. Schodząc spodziewali się odnaleźć wałęsających się w poszukiwaniu majonezu roboli. Nic takiego jednak nie nastąpiło, chociaż podłoże, po którym kroczyli obklejone było lepką substancją. Jeden z nich, którego imienia Cenzura nie pozwoliłaby wpisać na tych kartach, zszedł w dół. Zestresowany niepokojącą sytuacją wyciągnął peta na jedną chmurkę, którego dostał od Innego z towarzyszy niedoli. Był to li przypadek, czy też interwencja twórcy tego świata - pet ów wpadł w miękką, błotnistą maź. Nie dawał się już odpalić. Włożył więc go ów osobnik do kieszeni swojej kurtki, zwanej dalej jaklą. Niby zapomniał o sprawie, lecz po czasie nie dłuższym niż tydzień odpalił owego peta. Ku zdumieniu jego współbraci na zasiłku, dym do nich przemówił, chociaż dźwięku nie było żadnego słychać. Od owego czasu coraz więcej z osobników zwanych piątą zmianą zapuszczało się w dół. Schodzili aż do samego dna. Liczyli na to, że w dnie ujrzą pęknięcie, jakąś szparę, przez którą mogliby uciec z tego świata. Żeleźnioki zatapiali się w odmęty czerni jaskini, jakby chcieli odnaleźć ostateczne dno rowu (rynsztoka), z którego wyszli, z którego się wywodzą, ostatnią przerwę, rysę, pęknięcie, przejście do prawdy. Adam O. I Ewa Z. wyznaczyli sobie kiedyś zadanie. Chcieli ukraść składowany za galerią Dielektryka węgiel semiotyczny, by za symboliczną kwotę odsprzedać go elektrowni i ogłosić w ten sposób światu prawdę, nawet gdyby miała być lekko przybrudzona.
Rozdział 4. Chodnik
Tego dnia przez dziurkę od klucza Jan B. podglądał zbliżenie dwóch kropel wody
Jan B. po śmierci ojca i ukończeniu szkoły zawodowej rozpoczął pracę jako brukarz, Układał płytki chodnikowe przed murami (budynków) miasta. Była to jego pierwsza praca interwencyjna. Płytki były różnego kształtu i różnych kolorów. Jak zdążył zauważyć, istniała w jego świecie moda na dwubarwność. Najczęściej, z powodu dużego jeszcze zapylenia (sic!) i braku osób odpowiedzialnych za czyszczenie, (poza jego matką), do montowania powierzchni chodników najczęściej wybierano płytki szare, siwe, prawie czarne i blank czarne. Jeżeli chodzi o kształt, to ostatnimi czasy postanowiono powrócić do kwadracioków i pociągnąć je w centralnej części miasta. Jako, że Jan B. po matce i nie żyjącym już ojcu murarzu odziedziczył pracowitość, pozwolił swym współtowarzyszom na dzień wolnego i sam zajął się produkcją powierzchni do deptania z czarno-białych komponentów. Jego zapał od rana był wielki. Przestudził się nieco w okolicach południa, gdy podczas lunchu zerknął do znajdującej się przy stanowisku roboczym Galerii Dielektryka o wdzięcznej nazwie Kulisy. Siedziało tam trzech mężczyzn, o czymś dyskutujących. Zmilczeli, gdy go zobaczyli. Pomiędzy nimi, zawieszone na klamrach były wielkoformatowe obrazy, które obecnie przysychały. Jan B. wszedł do środka, gdyż zaintrygował go napis umieszczony na zewnątrz: Wystawa projektu wystawy: „Modele i metafory”. Powoli wsunął głowę do wewnątrz. Naprzeciw niego pracowicie z kratki na kratkę przechodziła mrówka, układając wzór misterny, niczym pajęczynowe firanki u zegarmistrza. W drugim pomieszczeniu, gdzie zasiadali wcześniej wspomniani panowie znajdowało się kilka regałów z ostatnimi numerami LAŻ-a oraz parę dziwnych gadżetów, których nie potrafił zidentyfikować. Nie będąc obserwowanym zaczął rozglądać się po galerii. Przyuważył jedno stanowisko, nazywane tutaj przewrotnie instalacją, na którym leżał złożony do trójwymiaru czterowymiarowy krzyż. Przeczytawszy znajdującą się przy nim ulotkę, jeszcze raz obejrzał się za siebie, spodziewając się obserwatora, po czym zabrał się do składania teseraktu. Czując, że jest nieodpowiednim widzem, nie mogącym dostrzec piękna stworzonego dla nieznanych mu oczu, wyszedł na zewnątrz. W głowie utkwiła mu jedynie pracowita mrówka. Wrażenie było tak silne, iż jego mózg zinterpretował ją jako model, a nie metaforę, przez co Jan B. zaczął powielać mrówczy wzór, wynosząc na zewnątrz galerii dielektryczne memy. Mimo, że reguły powstawania nowego tworu były bardzo proste – krok w lewo czarna płytka; krok w prawo biała płytka – to jednak po kilku godzinach młody producent wzornictwa chodnikowego zauważył sens całości. Dielektryk, odwrócił się w kierunku okna, by zobaczyć wzór układany przez Jana B., odłożył jednocześnie LAŻ-a, którym się zakrywał, udając jeszcze jeden eksponat w swojej galerii. Uśmiechnął się w stronę siedzącej w sąsiedniej sali wizażystki, która przyszła dokonać retuszu na kilku zawieszonych w pomieszczeniu pracach.
Rozdział 5. Semioza
Albowiem jezderyna jest pojazdem epistemologicznym
Buzuk stał na drabinie, prowadzącej go w głąb biedaszybu. Obok wbita była tabliczka na kołku: Szyb „Uczony” 245. Rozejrzał się wokół, wymacał w kieszeni ile ma petów na jedną chmurkę. Zastanowił się, czy o kimś nie zapomniał, schylił głowę i zaczął wchodzić do wewnątrz. Mrok i lepkość otoczyły majestatycznie jego perceptrony. Z oddali jeszcze dochodziło do niego tajemnicze stąpanie. Głodny wiedzy, do której tak długo nie miał dostępu, podążył za odgłosem. Schodząc w dół jaskini, na ścianach kątem oka dostrzegał przelatujące cienie. Nie potrafił ich jednoznacznie zinterpretować. Nie był pewien, czy są to socjotypy pewnych memów czy wirusy umysłów. Nagle dziura w ścianie jaskini „przemówiła” doń „wejdź”. Buzuk wlazł. Gdy schodził niżej, czy raczej zsuwał się powoli, przypomniała mu się opowieść Hanysa P. o kopidołach i niedoszłym, a później doszłym nieboszczyku-boszczyku. Ciągle nie był pewien, czy w jego świecie nie ma (nie było) zbyt wielu zaprzeczeń. Poszukiwał cały czas braku spójności, ostatecznej szczeliny, rowu, jak większość jego braci z piątej zmiany. Przedzierając się po zakamarkach, odnalazł szczelinę prowadzącą do niższych kondygnacji. Wpakował się w nią całym swoim ciałem i całą swoją duszą. Ześlizgiwał się w dół (po śliskiej powierzchni. Ściany co chwilę dotykały jego kolan. Myśli po tylu tygodniach1 ciągle jeszcze wracały do wbijanych w trumny gwoździ) póki się nie zaklinował nad rozpościerającym się pod nim szerokim pomieszczeniem, doświetlanym przez wielkie lampy umieszczone po bokach. Nie widział ile było lamp i ile było żarówek. Ujrzał za to wielkie czworonożne jezderyny o mosiężnych mechanicznych pyskach, wgryzające się w ścianę na przeciwległym końcu i wynoszące na zewnątrz urobek. Znaczący urobek. Buzuk, delegat piątej zmiany, w kieszeni arbaitancuga miał kilka petów na jedną chmurkę. Jednak w pozycji, w której się znajdował, a była to pozycja wielce niewygodna, gdyż zaklinowawszy się swym torsem, dłonie miał pod nim podwinięte, a całym swym ciałem tworzył z poziomem kąt 58%, nie mógł wyciągnąć magicznego źródła dymu. Tym bardziej nie mógł krzyczeć o pomoc. Uciskające klatkę piersiową podłoże z ledwością pozwalało mu oddychać. Krew napływała mu coraz intensywniej do mózgu. Całą twarz, dłonie, buty i resztę ciała obklejała dziwna, żółtawa substancja, której hektolitry przelewały się po podłożu. Spoglądał w dół, bo nic innego mu nie pozostawało. Gdyby mógł zaświecić swoimi ślepiami, czułby się jak jeszcze jedna żarówka. Tak zwisając oraz myśląc o różnych różnościach, zauważył go. Zauważył kamień, o którym prawili żeleźnioki na ostatnim seminarium za supermarketem. Zauważył kamień węgielny, podstawę wszelkiego bytu oraz lekkie zamieszanie wśród pajęczonogich robotów. Kamień, który był podstawą wszelkiej prawdy. Arche. Zwisał sam, głowę wstawiwszy do wewnątrz, gdy w tym samym czasie jego poplecznicy z piątej zmiany odkryli przed kościołem kolejną dziurę, z której biło matowożółte światło. Zwisając tak i przyglądając się pracy Jezderyn zaczynał trzeźwieć. W odmętach swojego umysłu próbował przypomnieć sobie, czy coś wie o tych wielkich robotach. Czuł jednak, że te klastry pamięci musiały zostać wykasowane. Obawiał się, że nastąpiło uszkodzenie mechaniczne. Denaturacja. Wiele by dał, gdyby ktoś złożył wszystkie jego myśli w jedną całość. Wówczas mógłby zrozumieć świat. Gdyby tylko mógł dotknąć tego kamienia. W dole zaś pomiędzy maszynami, kilku roboli uczestniczyło w wykładzie na temat warstw wyższych. Jako przykłady przemian społecznych służyły w owym wykładzie kupa węgla, której wierzchołek spadał w dół, gdy podbierało się z dołu węgiel łopatą i kupa miału, którego wierzchołek spadał, gdy dosypywano nań kolejne drobiny. Przez pewien czas wydawało mu się, że dotarł do legendarnej termitiery, wylęgarni znaków, gdzie semioza próbuje wabić partnerów, by nie musieć się ciągle rozmnażać partenogenetycznie. Jeżeli to prawda, o czym mówił Uczony, to jej pierwszym synem miał być interpretator, który z kolei zrodził recenzenta. Zawsze marzył, by pracować dla termitiery, by móc próbować odnaleźć miejsce, w którym znaki stają się tworami naturalnymi. Podobno posiada ona wiele korytarzy i pofałdowań, a czym bliżej wyjścia, tym bardziej staje się szara.
Rozdział 6. Spacer
Nadrzędnym aksjomatem prawdy jest czynsz.
Kropla Wody, niezauważalny dla postronnego obserwatora, sunął po krawędzi mostu. Przemierzał dwa wymiary jednocześnie. W wymiarze czasowym ulatniał się wraz z nocą. W wymiarze przestrzennym przekraczał granicę, jaką stanowiła gromada jego współbraci, płynących poniżej w rzece zwanej Netia. Podwójna granica. Most. W dzień wielobarwny, dopuszczający wiele kolorów. W nocy szary, zawieszony pomiędzy czernią i bielą. Kropla Wody nie miał nic wspólnego z tymi podziałami. Był przezroczysty. Zerkał na zbliżającą się do familoka szarą masę, Zmorę Proletariatu, połączoną we śnie duszę zbiorową. Nikt nie dostrzegał Kropli Wody, jego indywidualności, która z takim spokojem ulatniała się, chociaż mogła przecież znaleźć się w znajdującym się poniżej kolektywie. Było mu wszystko jedno. Nie kierował swoim losem. Po prostu brnął, czasami swą jaźnią zahaczając o drugi wymiar przestrzenny. Wiedział, że znów będzie musiał wrócić w górę i zjednoczyć się z bracią, czemu towarzyszyć będzie rozpad jaźni dokonujący się w procesie parowania. Ale gdy nastanie deszczowy dzień, jego młodsi bracia poczną się w wielkiej orgii łączyć i wymieniać będą między sobą związki chemiczne. Każdy z jego braci oczekiwał dnia, aż z wielkich fabrycznych kominów wyleci semiotyczny dym, z którym wejdą w symbiozę. Teraz, oczekując na ten dzień, łączyć się mogą jedynie z heavy metalami.
Rozdział 7. Las
Piorunochron przestał zastanawiać się, kim jest Matka B. i kim jest piąta zmiana. Otworzył drzwi Żuka. Człowiek Lustro dochodził właśnie do samochodu. Obaj wyczuli zbyt intensywny zapach benzyny we wnętrzu kabiny. Spojrzeli na siebie. Gdzieś w dali, w jednej z bram, dwoje ludzi – kobieta i mężczyzna - ubranych na czarno wykonywało jakieś gesty przed ścianą, wywołując na niej barwne znaki. Te ich kolory były zupełnie inne, nie szarzały nocą. Mężczyzna zastanawiał się jaki jest właściwy kolor liter, który wyczuwał raczej niż widział w swojej wyobraźni, zaś kobieta myślała o tym, jaki nadać im kształt, jak przedstawić owe tagi na murach, by czytelne były dla tych, którzy chcą je odczytać. Piorunochron nawet nie zastanawiał się, czym była ta maź, którą dysponowali. Nie tego, bowiem, szukał. Chciał tylko trochę kitu, by powciskać go w szpary w swoim mieszkaniu, jak również pod progiem Człowieka Lustro. Dzięki temu znów mógłby poczuć się bezpieczny. Samochód i jego wnętrze były dla nich bezpieczne. Poczuli się w nim jak embriony w łonie matki, jak nieletnie dzieci pod ciepłym puchem poduszek. Człowiek Lustro wsiadając do „Żuka” podniósł z siedzenia kapelusz i założył go na siebie, po czym zdjął i spoglądając w lustro, ukłonił się swojemu odbiciu. Między nim, a Piorunochronem istniała „doraźna zgoda”, co do niezwerbalizowanej na razie definicji potrzeby izolowania familoka, a szczególnie ich własnych mieszkań przed zewnętrzną rzeczywistością. Nagle powiało grozą. Nocny wiatr zdmuchnął z ulicy lekkie pióro (jakoś nie zmoknięte tej nocy). Był to wiatr z tamtego świata. Klimat zaczął się zmieniać. Piorunochron dostrzegłszy to, przestał bawić się klimatyzacją. Włączył silnik i ruszył w kierunku granicy miasta. Dotarłszy do przecznicy, mechanicznie skręcił w prawo i, przecinając niewidzialną granicę, znalazł się w równoległym świecie. Gdy pędzili obaj szosą w strumieniach deszczu, wszystko poza samą nocą błyszczało. Błyszczały lampy i krople wody w ich świetle, a także droga w reflektorach samochodu. Błyszczał w końcu sam samochód, przemyty uprzednio benzyną przez Matkę B. Piorunochron czuł, że jest jedyną istotą, która ginie w mroku niesprecyzowania. W obcym ciągle świecie powitał ich bilboard, który, jak się później okazało, był też ścianą domu. Z(a)wierał w sobie wiele odnośników. Sklecony był z gry świateł, grafiki komputerowej, wyidealizowanych struktur ujętych w abstrakcyjne obrazy. Co więcej, mógł być zrozumiały, gdyż zawierał m.in. słowa: Czynnik ludzki. Jak głosiła reklama, którą Matka B. w drelichu ujrzała w LAŻ-u, Czynnik ludzki to film, którego akcja rozgrywa się w świecie o tak daleko posuniętej ewolucji, że jednostki ludzkie nie są już potrzebne. Recenzent komentował, iż to rewolucyjne dzieło, gdyż z jednej strony nie trzeba było doń dobierać aktorów, a z drugiej dotyczy ogólnej refleksji nad ludzką cywilizacją. Pisał też o tym, iż jest to także metarefleksja (ponieważ dotyczy wszelkich ludzkich refleksji na temat przygniatającej cywilizację technologii), w przewrotnym lustrzanym odbiciu. Piorunochron miał nie tylko pamięć fotograficzną, lecz także dar szybkiego przeglądania rzeczywistości. Jedno ze zdjęć umieszczonych w reklamie filmu przedstawiało komputery i podłączone do nich automaty, pracujące w hali o imponujących rozmiarach, której ścian strzegą elektroniczne czujniki. Była to hala wyglądająca na remontowo-naprawczą. Jak głosił napis – ostatnia baza, gdzie bezbronne roboty mogą szukać schronienia i gdzie mogą być włączone do cyklu produkcyjnego. Małe komputery, poustawiane przez większe roboty na stołach analizują rozmiary sali, która jest ciągle powiększana. Niektóre roboty zajmują się usterkami, spowodowanymi korozją w poszyciu hali. W niektórych jej miejscach znajdują się ciekawe, fraktalne rozwiązania architektoniczne. Praca, ze względu na dobrą percepcję automatów jest energooszczędna. Poza światłem monitorów i nielicznych lamp, panuje stonowany mrok. Jedno ze zdjęć przedstawiało sceny batalistyczne walczących ze sobą cyborgów. Oczy Piorunochrona zabłysły na moment. Kolejne domy obwieszczały najnowsze prawdy obowiązujące w tym, jak już to ktoś napisał, danym dla Piorunochrona świecie. Jego archaiczność szła w parze z rurami wystającymi z budynków, na których ktoś zawiesił te kolorowe obrazy. Na jednym z nich znajdowało się znamienne hasło dla producentów „Wiecierochodnej”: Langton & Klein przeniesie Cię w inny wymiar. Dłoń między ósmym i dziewiątym piętrem przedostatniego bloku trzymała Peta na jedną chmurkę z zapałką odpalaną od filtra, ostatnio lansowaną ofertę dla lakonicznych poszukiwaczy znaków. Na ostatnim bloku prezentowana była świet(l)na reklama ogromnej paczki kitu. Na paczce znajdowały się dwie litery UB, resztę liter pożarł czas. Bloki te stały przy drodze, jak książki na półce. I tylko tyle mogły znaczyć dla zdeterminowanych do wyboru tejże drogi kierowców. Penetrując miasto przejechali mimowolnie w pobliżu kafejki Midnight Error, po czym skręcili w bok w stronę miejskiego teatru Życie codzienne, chociaż przekonani byli, że jest to uliczka prowadząca do redakcji LAŻ-a. Do drugiej w nocy błądzili po mieście, nie mogąc wydostać się z lokacji. Do tego czasu ruch całkiem zamarł i pozostali sami. Sami na kolejnych rozstajnych drogach. Piorunochron spojrzał na mapę, szukając wyjścia, drogi, która zaprowadziłaby go do Dielektryka. Widniało na niej wiele dziwnych znaków, ikonicznych jak mniemał. Nie rozumiejąc ich, spojrzał do legendy. Opisywała ona świeczników, leśne czarty i inne dziwne stworzenia. Była bardziej rozbudowana niż mapa – matka. Mimo wszystko było to silne odwzorowanie, odzwierciedlenie rzeczywistości. Człowiek Lustro był prawie przekonany, ale nie odważył się tego wyrazić w jakikolwiek sposób, iż szukając Dielektryka, należy udać się za Kulisy. Z trzymającego ręce na bezosobowej kierownicy Piorunochrona odezwał się wreszcie głos. Chciał on, bowiem prowadzić nie tylko samochód, ale przy okazji jeszcze dyskurs, i jednocześnie, poprzez emocjonalne zaangażowanie, zboczyć z kursu: - Bo widzisz, cała zachodnia kultura oparta jest na ideach platońskich, które choć nieinterpretowalne, to jednak prezentowane były z wielkim zyskiem, przyczyniając się do sukcesu i sławy wielu osób. Natomiast Platon zapomniał, że istnieje dno jaskini, szczelina, gdzie prawda w czerni, poza światłem została ukryta. Została ukryta w węglu semiozy i teraz próbuje się ją wydobyć jako to „coś”, które można jedynie bezpośrednio odczuwać, ale którego za pomocą żadnych technik nie można przełożyć na ludzki język. Żadne gadżety, bowiem, wytworzone przez cywilizację, nie mogą być przydatne do zrozumienia tego „czegoś”, co istniało przed cywilizacją i co ją wykreowało. To powinno być odizolowane. Chociażby z tego względu, że jako twór nieprzydatny nie było eksploatowane i możliwe, że jest to jedyne „coś”, którego jeszcze nie wykorzystano i nie zamieniono w utylitarny gadżet. Droga powiedziała Piorunochronowi, by na światłach skręcił w prawo. Tak uczynił. Minął na zakręcie, nie pierwszym tej nocy, spawacza, który zdawało się łatał przestrzeń rozciągającą się przed nim cienkimi spawami.
W końcu przetaczając koła po wielu kocich łbach dotarli do odwiecznie magicznej granicy miasta a lasem. Las, wytwórca tlenu, pochłaniacz węgla i węglowy akumulator. Oddychający ukrytymi znaczeniami reducent efektu cieplarnianego. Stał tutaj na granicy miasta prawie od zawsze, a przynajmniej od czasu, gdy powstały hałdy, na których wyrósł. Piorunochron przekraczając nieoznaczoną przez cywilizację granicę przekazał Człowiekowi Lustro informację, używając przy okazji dużego kwantyfikatora. Istniało podanie, iż stare drzewo semiozy zwaliło się i zamarło. Z trupa owego drewnianego ciała wyrósł las znaczeń. To drzewo, to semioza, a jeżeli nie semioza, to semiotyka. Powiedziane, bowiem było, iż wiedza o symptomach to jedna z gałęzi semiotyki.
Wjeżdżając do lasu, koła Żuka natrafiły na grząski grunt. Na drodze znajdowały się kałuże, które wywołały napięcie pomiędzy bohaterami drugoplanowymi. Powstało ono dokładnie w momencie, gdy Piorunochron rozjechał lustro wody. Wówczas to Człowiek Lustro zredefiniował sytuację. Piorunochron nie wiedział jak ma grać swoją rolę, jednak gra ta szła mu całkiem dobrze. Wydawała mu się zupełnie łatwa. Mimo to, przed każdym działaniem, czy też zaniechaniem działania, myślał o tym, co powinien zrobić w następnej minucie, w następnej sekundzie życia. Wchłonął w siebie wiele światła, dlatego teraz jego myśli krążyły z olbrzymimi prędkościami w jego światłowodowym i neuronalnym zarazem mózgu. Błyszczenia w mózgu nie lubił. Próbował gasić je mrocznymi wspomnieniami. Nie był szczery wobec Człowieka Lustro swoim milczeniem, jednak był przekonany o swojej szczerości, przez co Lustro mógł nadal w niego wierzyć. Antyflesz, widząc gdzieniegdzie kręcących się świeczników czy też zarośnięte oczy utopków, zaczął przygaszać światła swego wozu. Nie chciał się w tym lesie narażać. Przyglądał się bacznie drzewom, śledził wzrokiem ruch liści, kręcił nieznacznie kierownicą i bardziej znacząco głową, gdy coś z nich skapywało, gdyż goły zwód niestety musiał wyprowadzić nad kabinę pojazdu. Zbytnio już zmoknął, by narażać go na większą zjadliwość korozji.
Rozdział 8. Dzieci rewolucji
Adam O. I Ewa Z. dokonali zakupu eleganckich ubrań dla żeleźnioków oraz wykonali serię zdjęć nowo ubranych do LAŻ-a. Przeprowadzili też z nimi wywiad na temat węgla semiotycznego i rytuału z kaolinowym bączkiem. Wypytywali o kopalnie oraz o ich kontakt z Dielektrykiem. Adam O. i Ewa Z. nie należeli już do tego świata. Gdy do niego wrócili, nie mogli go zrozumieć. Stali się jałowymi interpretatorami. Mimo wszystko chcieli, by znaczenia starego świata rozpruły ten, który stworzono później, żeby ostateczna rzeczywistość zaczęła przeświecać przez pozostawione w historii dziejów blokady, żeby wieczny dym uniósł się nad miastem i żeby każdy mógł wyczytać w nim to, co jest jedyną rzeczywistością. Rzeczywistością, do której oni dążą. Tamtego dnia, w innym miejscu, dwoje dzieci siedziało przy rowie i rozwiązywało łamigłówki. Polegały one na połączeniu wszystkich kropel oznaczonych cyferkami w odpowiednim porządku. Jeden dzieciak prowadził linie łamaną według załączonej instrukcji, drugi natomiast starał się tak łączyć punkty, by zużyć jak najmniej atramentu. Ten pierwszy próbował podglądać Piorunochrona, drugi zaś starał się go naśladować. Obaj byli dobrymi obserwatorami. Popołudniem spoglądali na swych rówieśników – inne, śmiejące się i bawiące na ulicy dzieci, goniące, głośno krzyczące, rozmawiające. Zauważyli też, choć nie wiadomo jak wysnuli ten przerażający wniosek, że są inni – patrzący, słuchający, obserwujący, milczący. Inne dzieci nie dostrzegały ich, bo nie były patrzące. Tych dwoje nie wiedziało, dlaczego coś jest nie tak. Jeden z nich, po rozwiązaniu łamigłówki, zaczął z szarej gliny lepić figurkę, która w swym kształcie przypominała człowieka. Być może był to rodzaj jakiegoś golema, jednak dzieciak ten miał zbyt małą wiedzę, by móc go ożywić i włożyć słowa w jego usta. Zamiast tego wbił mu szpilkę w głowę i tak ukończone dzieło pokazał swojemu towarzyszowi. Nie mógł wiedzieć, że nie każdy golem jest Piorunochronem, ale przekonany był, że każdy Piorunochron jest golemem. Każdy golem rodził się dzięki szarej masie. Gliniany chłopek. Oboje wstali o północy, gdy kartki z zagadkami całkiem rozmiękły się od deszczu. Zaczęli wspinać się na dach familoka. Chcieli umieścić przygotowane wcześniej lustro na kominie, jednak gdy, wydawałoby się, dotarli do celu, realizacje planu utrudniać począł piorunochron przymocowany do pionowo sterczącej z dachu, osmalonej od wnętrza sadzą, prostokątnej, betonowej rury. Musieli go zdemontować. W trakcie tej czynności zahaczyli zwierciadłem o kant komina i straciło ono przez to swą jednolitą strukturę. Jeden drugiego przestrzegał, by nie spoglądać nocą w lustro. Byle nie nocą. Nie wiadomo, co można by było w nim zobaczyć. W nocy inaczej się myśli i inaczej się widzi. Adam O i Ewa Z. podeszli do nich, gdy znowu dzieciaki znalazły się na ulicy. Nikt nie wiedział, kim była ta para. Czy byli to karbonariusze, czy może raczej nafciarze? Czy nazwać ich należało mianem zwykłych podpalaczy, czy też przybyli tutaj, by rozpalić nową ideologię? Wchodzili do miasta tak, jak gdyby chcieli rozpętać (uwolnić) burzę. Nikt nie wie, co przekazali dzieciom, jak znaczącymi innymi stali się dla dwojga młodych obserwatorów. W czasie tamtego wieczoru, ostatniego ze wspólnych wieczornych spacerów, Adam O. uświadomił sobie, co może spotkać w najbliższej przyszłości Piorunochrona i zaczął się przedzierać przez gąszcz znaczeń do magazynu semiozy. Ewa Z. podążając za nim próbowała go powstrzymać, jednak nie potrafiła go powiadomić. Mimo jej okrutnych, desperackich okrzyków, do Adama O. nic nie docierało. W jego kierunku wiał dźwiękochłonny wiatr wypuszczony z Galerii Dielektryka. Fale tego wiatru miały zbyt szerokie pasmo, by jeszcze cokolwiek mogło się między nimi zmieścić. Ewa Z. wiedziała, że Adam O. niczego nie znajdzie, jednak ciągle będzie poszukiwać, zapominając o tym, że tu na Ziemi mogliby stworzyć sobie swój własny raj. Adam O. nie widział jej, ani nie słyszał, gdy biegła za nim, próbując go ostrzec. Próbował sobie wszystko logicznie wytłumaczyć, przeskakując kolejne torowiska. Przestawiając starą WAYHĘ spowodował, że noga Ewy Z. ugrzęzła pomiędzy szynami. Nikt więcej od tego czasu nie powiedział o nich słowa. Powiadają jednak, że zanim Adam O. pobiegł do magazynu, na ich drodze stanął Człowiek Lustro i złączył ich los powodując, że Adam O. przeobraził się w Adam Z. a Ewa Z. w Ewę O.
Rozdział 9. Zakręt
Zaczynamy zakręcać – dym uniósł się z ust prowadzącego samochód Piorunochrona, gdy tymczasem Człowiek Lustro wczytywał się w pozycję Bystronia „Tematy, które mi odradzano”. Niestety nie była to książka o przywracaniu utraconych plików. Po pobieżnej lekturze dzieła stwierdził, iż jest to pozycja świadcząca samą sobą o odradzaniu się pogaństwa. Oczyma wyobraźni ujrzał za angielskim oknem Świeczników wychodzących z lasu i przyglądających im się ze skarpy. Wbił wzrok w dal i zamiast rzeczywistości zobaczył stereogramowy obraz, który wytworzył się na przemytej benzyną szybie Żuka. Monolog Piorunochrona wywołał u Człowieka Lustro chęć ucieleśnienia idei. Lustro chciał się wydobyć z płaszczyzny, przestać być jedynie papierowym bohaterem. Symboliczne sugestie jego towarzysza podróży były dla niego tak silne, iż jak najbardziej potrzebował ich materialnej postaci. Piorunochron dzisiejszy nie mógłby być dla niego wzorem czy matrycą. Potrzebował jego wspomnień, odniesień do bezustannego działania, stuprocentowej akcji. Człowiek Lustro spojrzał na zewnątrz. Kończył się pierwszy, większy leśny zakręt. Światła Żuka uderzyły w znajdujący się tutaj bezpański przybytek. Był to, bowiem zakręt, na którym zginął kiedyś młodszy syn Matki B., przywalony drzewem podczas wycinki. Dzieciak, jak każdy inny lubił oglądać kreskówki, dlatego też przy drodze, w kapliczce umieszczono jego najlepszego bohatera – Kaczora Donalda. Ale Lustro nie zauważył w niej żadnej rysunkowej postaci. Ujrzał jedynie Matkę B., która czyszcząc kapliczkę ruchem głowy nakazała mu odwrócić się za siebie. Ujrzał niewyobrażalny byt. Z tyłu wozu siedział siwobrody starzec z dwiema siekierami w dłoniach. Spojrzawszy w swe lustrzane odbicie zaczął przemawiać na temat tych, którzy nie chcą imać się pracy, po czym zaczął cytować Manifest Komunistyczny. - Wielkie litery – dorzucił do wypowiedzi Karol – stworzone zostały przez gnuśną arystokrację, która przez ich użycie, chciała wywyższyć się ponad tłumem. Dlatego też niektóre słowa, które do tej pory były opisane małymi literami nabrały nowych znaczeń, gdy ich początki urosły. Jak sądzisz mój drogi Pareto? – zwrócił się w głąb wozu, gdzie nie było już widać ni żywego ducha, po czym także odbył drogę w niebyt, jak przystało na nocnego upiora. Znikać też poczęły kurczowo trzymane przez demona dwie drwalskie siekiery. - Rozstrzyganie istotności stosowania w tekście dużych liter według mnie nie ma sensu – powiedział do siebie Człowiek Lustro. - Miałem takiego znajomego, który twierdził, że Picasso to bzdura. – Wypowiadając to, Piorunochron przyjrzał się sobie i zmarszczył czoło. – To wcale nie oznacza, iż on tak sądził. Po prostu zinternalizował obiegowy osąd dzieł tego malarza. No, dobra. A co z kwestią Żydów? – po chwili milczenia Piorunochron zaczął nawiązywać rozmowę. To znaczy? Jest różnica między określeniem żyd i określeniem Żyd? Nie, to już jest rasizm. Czyżby? A i owszem. Właśnie rozstrzyganie istotności dużych liter przez Karola Marksa w teorii walki klas, jak i Zygmunta Freuda w psychoanalizie przyczyniło się do powstania problemu, którego wcześniej nie było. Poczekaj. Mnie się wydawało, że duże litery, to czas reformy języka niemieckiego z początku tysiąclecia... ...dokonanego przez arystokrację. Czyżbyś twierdził, że arystokracja przyczyniła się do świadomego rejestrowania znaczenia. Tak. Ale znaczenie i różnica, jako problem społeczny zaistniały dopiero w XIX wieku. Różnica, czyli podstawa binarności... Tak, właśnie. Tu masz Nietschego, który podkreślał znaczenie i Marksa, który podkreślał różnicę. Człowiek Lustro zaczął monitorować role, które odgrywał do tej pory w swoim życiu. W trakcie ich przełączania, przez krótkie mikrosekundy, utożsamiał się z tym czymś, a raczej z tym kimś, które w nich było, nie chcąc by to-on z niego uciekł(o) i nie był(o) nim. Bardzo chciał stać się Piorunochronem. Jednak nie wiedział, jak skłonić Twórcę do tej przemiany, nie posiadał przecież twarzy. Nie był pewien, czy owa wizja nie była wytworem jego wyobraźni, który przedostał się z głębi jego myśli na powierzchnię i wysłał monochromatyczną wiązkę fotonów do zewnętrznego świata. Samochód wyszedł bezpiecznie z zakrętu. Towarzysze wyjechali na prostą. Dylematy gdzieś uciekły. Na prostej drodze nie było żadnej kałuży, gdzieniegdzie tylko wystawały kawałki cegieł. Po lewej stronie, przy świetle nocnego zegara, gdzieś w dali, dwoje młodych lub niemłodych ludzi starało się oborać wzgórze. Bracia oracze byli jednymi z tych, którzy uwierzyli w obietnice mitycznych reklam: Księżniczka i zamek dla tego, który oborze o północy w pełni księżyca wzgórze Grojec. Północ już dawno minęła i Żuk także minął miejsce nocnej harówki. Zbliżając się do kolejnego zakrętu minęli recenzenta, który ruchem rąk naśladował przemowę swoich oponentów. Elvis Preasley w kapliczce uśmiechnął się i mrugnął okiem w kierunku Człowieka Lustro. Ten zaś zmiarkował, by znowu odwrócić się za siebie. Coraz mniej mi się to podoba – powiedział recenzent. Uderzając laską o podłogę Żuka i nerwowo poprawiając binokle na nosie, Zygmunt spoglądał to na jednego, to na drugiego osobnika, którzy wpatrzeni byli w przestrzeń drogi. Mimo swej bytności, nie zniekształcał przedstawienia dwóch jednoosobowych zespołów siedzących tuż przed nim. Chrząknął lekko i potarł czoło. Następnie zaś, stwierdziwszy, iż suchość w jego ustach jest wystarczająca, by zacząć przemowę, pokazał światu zęby. Matowy błysk biało – żółtych prostokątów był tym, co ujrzał Człowiek Lustro, w tym momencie odwracający się za siebie. Z tyłu wozu siedział facet, wyglądający na naukowca: świecąca łysina, równo podcięta broda, okulary i wzrok wbity w trzymane w dłoniach ludzkie piszczele. Być może go tam nie było, a jedynie podświadomość płatała figle Człowiekowi Lustro. Jednakże owa mara straszna w postaci Zygmunta Freuda wstała i zaczęła wykład na temat Erosa i Tanathosa. Następnie znów nerwowo spojrzała przed siebie. - Cóż, z powodu braku odpowiedniego odbiorcy nie jestem w stanie wypowiedzieć się na temat notorycznego milczenia i odwzajemniania dezaprobaty. Nie widzę tutaj odpowiednich popędów do tego typu wiedzy. Znikam więc – mówiąc to i uderzając laską w niebyt, zniknął. - Ta droga, która przebywają Człowiek Lustro i Piorunochron – rozważał wewnętrzny recenzent – jest jak choinka. Po lewej i prawej stronie zachodzą zdarzenia, które muszą odejść w dal i w przeszłość. Nie oznacza to, że nie żyją nadal własnym życiem ... Czerń nieba zaczynała tracić na intensywności. Przy drodze, za jednym z bliźniaczych poboczy, stało stetryczałe drzewo. Jego główny konar opleciony był stalowa linką, natomiast na pierwszym z dwóch bocznych konarów, posiadającym wiele rozgałęzień, wisiały szmatki ze starego gumowego balonu. Na trzecim bocznym konarze, który wychynął nagle zza pnia, wisiał kawałek szkiełka, odbijając światło reflektorów. Kora tego ostatniego była bardziej gładka, zbyt gładka, jak na tak stare drzewo. Tak jak gdyby był to niedawny odrost po ściętej gałęzi. Ułamkami sekund, prętoczłek pomyślał, że to szczep z innego drzewa, przypadkowo tu wsadzony. Lustro nie widział w tym przypadku, chociaż część jego jaźni kierowała się w tę stronę. Wyczuwał, że jest to skutek czegoś lub też czegoś przyczyna. Odbite światło uderzyło mu w twarz, więc odwrócił się po raz trzeci. Tym razem nie zauważył nic, poza siedzącym na zapleczu „Żuka” Kosą Kostuchą.
Rozdział 10. Defragmentacja
Nikt nie zna dnia ani godziny swej śmierci Nikt nie zna, ale samobójcy znają
Mijane drzewo i jego rozgałęzienia coś przypominały Pioruchronowi. Fraktalne nitki – gałęzie błyszczały, niczym wędrujące po nieboskłonie fotony, armiami przepływające swego czasu po bokach jego ciała. Myśl o ich pięknie poraziła go już w dzieciństwie, gdy chodząc od domu do domu sprzedawał... Coś tam sprzedawał. Raz były to grzyby, gdy był jeszcze młody, innym razem, gdy był już dorosły, dowoził materiały budowlane do małych sklepików. W wielu małych miejscowościach były takie sklepiki, a on opracowywał najkrótszą drogę jaka powinien przebyć, by móc zaoszczędzić na paliwie. Były to pierwsze problemy z klasy NP., z którymi się spotkał. Mimo, iż przy 30 miejscowościach, powiązanych drogami w sieć, było to 30! obliczeń, potrafił sobie z tym poradzić. Nie wystarczały mu przybliżenia najkrótszych tras. Potrzebował najkrótszej, najbardziej optymalnej. Będąc młodym już zaczynał się tego bezwiednie uczyć, gdy w czasie słabego deszczu wracał do domu próbując mijać trajektorie kropel wody spadających na niego z góry. Nie zginał karku przed deszczem szedł w nim z wyprostowaną głową, wpatrywał się w jego strukturę i zliczał prawdopodobieństwo uderzenia kropli w poszczególne części jego twarzy. Był inny niż Jan B., tak bardzo w niego zapatrzony. Ten młody człowiek jako kolejna osoba przypatrywała mu się z szacunkiem. Ale było też w tym młodzianie coś przerażającego. W mroku korytarza Piorunochron zauważył kiedyś jak młody z lękiem pochylał się pod sufitem, jakby bojąc się, iż zawali mu się na głowę. Może obawiał się, że wchodząc pod schody uderzy w niego głową, zedrze skórą z czoła warstwę wapna lub pobrudzi go brudnymi od miału włosami. Wówczas bowiem Jan B. włóczył się za żeleźniokami w poszukiwaniu węgla na hałdach. Miał zadatki na geologa. Pasjonował się biedaszybami. Jan B. był zupełnie też innym młodym człowiekiem, niż Adam O., który do każdej sytuacji musiał sformułować twierdzenie. Według Adama O. świat jest prosty, gdyż składa się z jednostek ludzkich, prawie identycznych, posiadających podobne problemy. Ale wielość jednostek powoduje komplikacje i dlatego tworzy się Piorunochronów – są to byty na wyższym poziomie, emergentne wobec całego świata. To on listownie zaproponował Piorunochronowi udział w programie „Bohaterowie i neobohaterowie” i uzyskał dla niego zaproszenie. Jednak druciak nie chciał wziąć w nim udziału. Później coraz bardziej przekonywał siebie, że ma kogoś przed czymś chronić. Wydawało mu się, że to fatum, lecz z drugiej strony podejrzewał spisek. Wiedział, że w czasie odgrywania swej roli obserwator będzie miał nad nim przewagę. W paranoicznym obłędzie myślał, że epizody z jego życia zostały sfingowane, a jego coraz większa popularność na drugim planie, miała być przeniesiona na plan pierwszy dzięki programowi „Bohaterowie i neobohaterowie”. Recenzent zewnętrzny, siedząc w galerii Dielektryka spenetrował strumieniem jaźni myśli Piorunochrona. Dlaczegóż jednak Piorunochron znał Adama O. i dlaczego się nim fascynował? – Zapytał pozostałych. – Adam O. I Ewa Z. to drugoplanowi bohaterowie zsynchronizowani w swej niezależności, którzy spotkali się, co wydawać by się mogło niemożliwe, na równoległych drogach. Ściągnęli ku sobie dzięki grawitacji myśli i potrzebie zbiorowej jednomyślności; którzy jako większa cząstka, idąc wprost przed siebie, przyciągają do siebie wszystkich kroczących w podobnym do nich kierunku – odpowiedział recenzent wewnętrzny. Ci, którzy wyznaczają cel dla tych, Którzy celu jeszcze nie mają. Ci, którzy pędem swoich myśli nie z tego świata, Porywają z niego, niczym elektrony od atomu, dzieci. Dzieci rewolucji.
Napięcie, które zaczęło się pojawiać pomiędzy Piorunochronem, Człowiekiem Lustro w wyniku wcześniejszego epizodu z rozjechaniem lustra wody przez koła Żuka, zostało rozładowane dzięki niebiańskiej białej strzałce, która pojawia się jako zwiastun zmiany i wprawia świat w drżenie ogłuszającym odgłosem kliknięcia, niczym palec boży, a raczej jako jego pośrednik wskazując tych, którzy powinni transmutować w nowe formy bytu. Człowiek Lustro odwrócił głowę od Kosy Kostuchy. Piorunochron, rozwożąc towar Żukiem został zauważony przez Twórcę Piorunochronów. Twórca zaproponował mu pracę na rzecz bezpieczeństwa społecznego. Adam O., znając historię Piorunochrona, twierdził, iż to społeczeństwo wybrało przypadkowego człowieka na Piorunochrona i wmówiło mu, że nim jest. Jego głowa została dostosowana do urządzenia ochronnego. Izolacja pozwalała mu na przeżywanie bardzo silnych elektrowstrząsów wysyłanych przez ludzkich wrogów, a zarazem bogów – Peruna i Perunica. Druciane zwody obiegały jego ciało i przesyłały prąd do porozstawianych w terenie uziemiaczy. Stając się półmaszyną, Piorunochron wychodził w teren w poszukiwaniu błyskawic, które ściągał na siebie. Jego sylwetka, niby nerwowo, niby machinalnie się poruszająca, wywoływała popłoch wśród przechodniów. Nikt bowiem nie chciał się do niego zbytnio zbliżać w czasie zawieruchy. Zbieracze złomu szczególnie kultywowali uciekanie przed nosicielem pręta. Piorunochron przejeżdżając przez las zamyślił się, wbił wzrok w dal i zamiast rzeczywistości zobaczył stereogramowy obraz, który wytworzył się na szybie samochodu. Próbując wyartykułować jakąś myśl, lustrzak zwrócił swoje oblicze w kierunku zdrutowanej jednostki. Piorunochron zauważył nagle, iż przez przednie okno jego samochodu nie widać już leśnej drogi lecz miasto. W jego wizji, zakłócanej ciągle autobiograficznymi myślami, pojawił się katowicki rynek, oddalony od wozu o jakieś 60 metrów. Wóz pędził. (Matka Jana B. ciągle spodziewała się cudu, dlatego przemywała wszelkie szyby wodą z benzyną, albo, dla wzmocnienia efektu samą benzyną.) W galerii Dielektryka istniała scena, na której stał stolik. Przy nim właśnie siadywali rozmówcy, recenzenci i twórcy. Niżej pod sceną siedziała ekipa, rozstawiająca makiety i przesuwająca figurki, mające służyć do produkcji naimowanego filmu „Warhammer”. W tle jeden z robotników piątej zmiany, ex elektryk, montował wtyczkę. Druciak zainteresował się elektrycznością w procesie edukacji, podczas którego notorycznie podróżował koleją. Wówczas miał szansę załapać się do Wesołych Chłopców. Grywał z nimi nawet w karty. To wtedy zauważył pierwszą damę pik i pierwszą damę serce. Gdy po latach dostrzegł na ulicy Ewę Z., wiedział, że ona także jest damą pik. Prawdziwa dama pik raz powie ci „cześć”, innym razem nie. Uśmiechnie się do ciebie, bądź zlekceważy cię. Córa klasy średniej. Przypominał sobie dzień, gdy Ewa Z. zauważyła jak przestawał grać w karty. Wydawało mu się, że chce mu coś poradzić. Jednak wtedy, w tamtej chwili, widział tylko jej poruszające się usta. I albo ona wtedy straciła głos, albo on na moment ogłuchł. To tak jak leżąc wieczorem w łóżku, zauważał, że woda leje się ciurkiem z kranu. Nie, to nie była Ewa Z. To było jego wyobrażenie o niej. Tak naprawdę, to było zbyt dawno temu, by mogła ona wówczas istnieć. Tamta dama pik była tylko do niej podobna i miała bardziej czarne imię. Nie pamiętał jakie. Parę razy odezwała się do niego. Gdy Weseli Chłopcy odeszli w kierunku wesołego życia, Piorunochron został sam. Grzał tyłek, siedząc przed oknem wagonu i spoglądał jak korozja niszczy metalowy świat. Wiedział, że jego także dopadnie. To jednak nie powstrzymało go przed zamontowaniem na głowie pręta. Myśli o Człowieku Lustro błąkały się w sieci neuronowej Piorunochrona. Piorunochron był doskonałym komiwojażerem, optymalnym logistykiem, gdy jego pasażer Człowiek Lustro stawał się coraz lepszym psychoanalitykiem. Kiedyś razem rozwozili węgiel. To było kilkanaście lat temu. To wtedy Piorunochron spotkał swojego Twórcę, wówczas stał się Piorunochronem, a raczej zaprogramowano go do pełnienia roli Piorunochrona. Piorunochron przypominał sobie tych, którzy będąc jego pobratymcami utracili swoją moc, której mieli od groma, dzięki korozji, bezlitosnej sile niszczącej wszelakie przejawy heroizmu. Zbliżając się wozem do ostrego zakrętu zaczął zwalniać, jednak nie uchroniło go to przed niewidocznym na drodze wybojem, przez co uderzył głową w szybę. Ta natychmiast zaczęła pękać w miejscach łatwych do przewidzenia, tworząc sypiącą się mozaikę. Pojawił się przebłysk, światło odbiło się od leśnego przybytku. Jeżeli było to światło, to z pewnością nie z tego świata. Zewnętrzna rzeczywistość została zdemaskowana. W Piorunochronie był jeden feler. Ciągle o nim myślał. Nie wiedział, jak najszybciej dotrzeć do Izolatora w ten sposób, by jeszcze móc go zastać. Wiedział, że przez ten paradoks kiedyś się wykończy, że któregoś dnia szlag go trafi. I miał rację. Wyprzedzający falę uderzeniową Grom, jak świetlista strzałka boża, która pojawia się zawsze w momencie zwątpienia, wpadł do wozu. Wyczuwając przeciwnika, ściekł po drucie, po czym uderzył w Człowieka Lustro, odbił się od jego powierzchni i zaczął razić bezbronnego i zaskoczonego Piorunochrona, oplatając jego ciało wstrętnymi, błyszczącymi mackami. Lustro odbijał zaś od siebie wszystkie uderzenia. W ostatnich chwilach swego żywota w mózgu Antyflesza kołatały się słowa o prawdzie. Chciał ją odnaleźć, chciał znaleźć wyjście z tego dwuwymiarowego świata, wesprzeć Adama O. I Ewę Z. w ich wysiłkach odnalezienia semiozy i użycia jej dla ogłoszenia światu prawdy. Przygotowany był już do tego, by przy pomocy Żuka wykraść ze składu Dielektryka węgiel semiotyczny i zawieź do elektrowni, gdzie semiotyczny wielki dym mógłby wydostać się z kominów, przez co wszyscy oglądający to zdarzenie ludzie mogliby poznać prawdę. Domyślał się także, że robole z piątej zmiany podświadomie podrzucili mu peta na jedną chmurkę. Produkcja tych małych gadżetów mogłaby przełamać milczenie między ludźmi w tym świecie. Można by też produkować długie semiotyczne papierosy, pozwalające na toczenie długich dyskusji. Dielektryk zaciągnął się fajką – To opowiadanie nie posiada fabuły, to różne wątki w jakiś sposób ze sobą splecione. Z całym szacunkiem, ale żaden czytelnik nie przełknie czegoś takiego. Nie ma tutaj zarysowanej akcji. Mógłbyś na przykład pociągnąć jakiś wątek wzdłuż całego opowiadania – mówiąc to patrzył na elektryka, który wytaczał z jego galerii wielki zwój kabla i kierował się dalej w stronę familoka – mógłbym kupić pomysł z węglem semiotycznym. Albo na przykład warto napisać krótkie opowiadanie o samym węglu semiotycznym. Należałoby zrezygnować też ze stosowania dużych liter i niektórych postaci. Używanie w opowiadaniu Karola Marksa to niezbyt świeży pomysł. Jego twardy dysk zaczął się powoli defragmentować, próbując połączyć, pozszywać wszystkie wątki razem. Biec, byle szybciej i ciągle do przodu. Nie szkodzi, że inni mnie wyprzedzą. Może jednak przez to ktoś pobiegnie najprędzej. Dokona kolejnego wyczynu. Dobiec gdzieś dalej nie miałem szans. Wyprzedzać zaczęli mnie inni, nawet Weseli Chłopcy. Stworzono mnie nie wiem po co, ale chyba nie dlatego, by inni mieli się ode mnie izolować. Nigdy już nie dowiem się, jaki jest związek między Gildią Izolatorów a Twórcą Piorunochronów. Samochód pozbawiony kierowcy zwalniał, trzymając się mocno kolein leśnej drogi. Rozbryzgana kałuża, pełna kamieni i resztek cegieł wyrzuciła go w końcu na pobocze, zaś brak przedniej szyby spowodował, iż ciało Piorunochrona flegmatycznie wyskoczyło i sturlało się w maliny. Z ust Piorunochrona wypadł dysk neuronalny, mała dyskietka z całą jego pamięcią. Na horyzoncie tkwiły zarośnięte roślinnością ruderalne pozostałości po kopalni Saturn, w którą też podobno kiedyś uderzył Perun.
Katowice 24 XI 2000
Imię i Nazwisko:
Piorunochron Stefan Data i miejsce urodzenia: Obywatelstwo: Adres: Telefon: Stan cywilny: Przebieg kariery:
HP: Siła: Zręczność: Błyskotliwość: Uniki: Punkty doświadczenia:
Dodatkowe informacje:
Zainteresowania:
Data śmierci:
10 I 1992, 14 V 1995, 16 III 1999 podwójne Katowice ul. Pocztowa 16 0700-1500-100-900 constans j.w.
68 10 15 22 99 150 000, wydanych 149 500
nie odczytane
Unieważnianie czasu, Gildia Izolatorów, wyładowania atmosferyczne.
Prawdopodobnie 25 XI 2000
Piorunochron musiał defragmentować, ponieważ jako dzieło otwarte fluktuował i pojawiały się w jego wnętrzu nowe elementy, które replikowały się i rozchodziły po nim chaotycznie. Po defragmentacji zaś jego duch zaczął odchodzić do Wielkiego Izolatora. Możesz być zupełnie spokojny, Jaskinia Platona, o której pisze Twórca Piorunochrona, została już dawno wyeksploatowana i nie ma już żadnego znaczenia, które mogłoby być w niej odkryte – recenzent zewnętrzny uspokajał Dielektryka, który coraz bardziej obawiał się demaskacji. Za parę chwil miał nadejść nie kto inny, jak sam Twórca.
Piorunochron vol. 3
Epilog
Rozdział 1. Dzika przygoda
Człowiek Lustro po wypadku wyszedł z samochodu i zaczął gestykulować. Wykonywał gesty argumentacji, jak gdyby rozmawiał z duchem lub tez antycypował. Był to ciekawy występ jednostkowy, tylko że prawie pozbawiony publiczności. Gdy Piorunochron defragmentował się, Człowiek Lustro w popłochu skubał przednią szybę samochodu, po czym zaczął oddalać się na bezpieczną odległość. Samochód stał w krzakach. Przód wozu czule obejmował drzewo. Człowiek Lustro zbliżył się do ciała Piorunochrona. Odpiął pręt i dysk neuronalny. Gdy ściągał zwód z Piorunochrona, dokonał przerażającego odkrycia. Piorunochron był zewnątrzsterowny. Człowiek z anteną na głowie. Chwilę później długim drutem ukoronował sam siebie, albo by powiedzieć lepiej, sam siebie zdrutował. Wmontował w siebie także dysk neuronalny. Po założeniu drutu pojawiła się w nim myśl, mniemanie, że to mieszkańcy familoka dogadali się z Perunicem, by wyeliminował Piorunochrona, gdyż obawiali się, że zamiast chronić mieszkańców, będzie stanowić zagrożenie, niepotrzebne niebezpieczeństwo. Wbiegł w las. Zaczął uciekać w las, do Nikąd. Oczyma wyobraźni ciągle widział stwory, które mogły go dopaść. Próbował udowadniać sobie, że jest niezniszczalny. Wampir zapewne widziałby w nim nicość i może przez to by go zignorował, wilkołak nie zatopiłby w nim kłów ze względu na jego wewnętrzną srebrna powierzchnię. Tak rozmyślając, przedzierając się przez chaos myśli natknął się na starego, leśnego potwora – dzika. Dzik spojrzał weń na przestrzał. Ujrzał w Człowieku Lustro największego rywala, sobowtóra. Opuścił szable ku ziemi. Człowiek Lustro ustawił się pod kątem, niczym toreador. Przeciwnik dzika zniknął na moment. Wielka leśna świnia zaczęła okrążać zwierciadlanego osobnika. Taniec dwóch stworów tworzył chaotyczne ślady w olsowym zespole leśnym. Zabawa jednak nie mogła trwać wiecznie. Zwierzę było postrzelone i przez to nieobliczalne, nawet jak na piorunochronowe algorytmy. Człowiek Lustro pruł prętem w nicość, nieporęcznie obracając się wśród gałęzi na boki. Dzik ujrzawszy powtórnie na moment swego sobowtóra, natarł nagle. Zbyt nagle, by Człowiek Lustro mógł wykonać zwód o 90 stopni, jednakże obrócił się bokiem do dzikiej bestii, która jedynie lekko uderzyła szablą w jego bok. Wielkie cielsko, śmierdzące leśnym gnojem, przebiegło obok. To wystarczyło, by Człowiek Lustro mógł wziąć dzika zwodem. To był bardzo tani chwyt. Pręt odpięty wcześniej od Piorunochrona zatopił się w trzewiach zoologicznej maszyny replikacyjnej. Nie wiadomo, czy Człowiek Lustro wypruł prętem pącie dzika, ale ten na pewno wypruł w las z dzikim skowytem. Na powierzchni Człowieka Lustro pojawiła się rysa, rana, która obniżała od tej pory jego wiarygodność. Otarła się o niego śmierć i pozostawiła na nim swoje znamię. Ta rysa nadała mu charakter, którego nie posiadał wcześniej, określiła jego subiektywny byt i pozbawiła tym samym pełnej obiektywności, umiejętności pełnego odwzorowywania. Poprzez rzednącą leśną noc przemykały sylwetki nienazwanych bytów. Za drzewami kryły się jezderyny, które zauważane przy polanach zamierały w bezruchu, transformując w leśne ambony. Człowiek Lustro wychodząc z lasu zaczął przeglądać dane zawarte w pamięci Piorunochrona. Mając świadomość, iż powstała ona na drodze ewolucji, zaryzykował zniesieniem partycji i połączenia twardego dysku należącego do Piorunochrona z własnym, jego pamięci ze swoją, jednocześnie ucząc się odgrywania roli Piorunochrona, co w końcu pozwoliłoby mu zostać kimś i dać odpowiedź na ciągle dręczące go pytanie – kim jest. Błądząc po lesie powrócił do miejsca wypadku. Usiadłszy na skraju drogi, przy szczątkach wozu, zaczął odgrywać przed sobą milczącą monodramę, asymilując się z pamięcią Antyflesza, przez co uzyskiwał dostęp do roli, która tamten odgrywał wcześniej. W pozostawionych na dysku śladach pamięciowych wyczuł lek przed powieleniem narzuconych Piorunochronowi schematów, przed którymi chciał uciec, wobec których chciał stać się nieobliczalny. Nieobliczalny wobec samego Twórcy. Ta nieobliczalność miała mu zapewnić ucieczkę od Wielkiego Izolatora, który z kolei chciał załatać wszystkie zakamarki, w które mógłby się udać. Chciał zrobić wszystko, by przestać być widocznym dla jakiegokolwiek obserwatora. Chciał, żeby Twórca Piorunochrona zgubił wątek. On chciał. On. Człowiek Lustro. Ktoś za nim szedł. Wydawało mu się, że idzie za nim spawacz, który spawa to, co Człowiek Lustro rozpruwa wielkim drutem, anteną odbierającą głosy, informacje z innego świata.
Rozdział 2. Galeria dielektryka
W Galerii Dielektryka był ktoś, kto pisał dla Czytelnika. Twórca Piorunochrona widząc, że ciągle pada, z żalu nad zardzewiałym Piorunochronem wyrzekł słowa, które miały być zaklęciem – chciałbym dostać tę Śląkwę w swoje ręce. Jeden z tych co należeli do piątej zmiany był elektrykiem. Był jedynym, któremu udało się wejść za Kulisy i poznać prawdę o zasłonie, podziwianej przez wielu tylko z jednej strony. Do galerii przyszedł by wymienić wtyczkę. Stara wtyczka była krytykantem i w ogóle nie rozumiała, co się dzieje za kulisami. Barman słysząc wypowiedź zaczął bić brawo. Tłum zareagował i zaczął bić brawo barmanowi.
Rozdział 3. Bóg Wyrocznia
Nad ranem, żeleźnioki, którzy przyszli rozkręcać tory, uwolnili Ewę O. z żelaznego uścisku, w zamian za jej obietnicę uścisku ludzkiego. Wiedzieli, że kiedyś i na nią przyjdzie kolej, kolej żelazna. Wiedzieli, że zniewoli się koleinami własnych myśli. Ona zaś wiedziała, że ten pociąg, którego drżenie wyczuwała przybędzie także do niej. Dzik w rzeczy samej nie uczynił skazy na powierzchni Człowieka Lustro, uczynił raczej mimowolnie makijaż ubłoconym kłem. To może nadawało Człowiekowi Lustro charakter, ale ten zniknął, gdy Matka B. rozpoznając w nim samą siebie, ze współczucia czy też zamaskowanego egoizmu, przemyła mu „ranę” szmatą, usuwając w ten sposób skazę. Zarumieniła się, bowiem ujrzała przed sobą piękność.
Rozdział 4. Weseli Chłopcy
Weseli chłopcy Walety albo dupki Trzej muszkieterowie Czterej ewangeliści Każdy przyporządkowany jednej damie Każdy w innym kolorze
Stało ich czterech w dziwnych, nieruchomych pozach z opuszczonymi, przydługimi rękawami. Wiatr grał w gonitwę z nogawkami ich luźnych spodni. Dwóch z nich żyło kiedyś w komitywie z robolami. Jeden z powodu barwnego języka nazwany został Tekściarzem, natomiast drugi z powodu notorycznego rysowania kamieniem po samochodach, stojących przed familokiem, otrzymał miano Rysownika. Robole nie wiedzieli, czego tak naprawdę ci dwaj poszukują. Wobec tego, bez zająknięcia, pozwolili im zamieszkać w familoku. Tekściarz po śmierci Piorunochrona zamieszkał na piętrze, natomiast Rysownik, po zniknięciu Człowieka Lustro na piętrze. Zamieszkali w familoku, zapisując wszelkie informacje o Piorunochronie i Człowieku Lustro bez obaw i nadziei, że ktoś może ich wydać.
Rozdział 5. Walizka
Do dzielnicy, w której stał opuszczony przez bohatera drugoplanowego familok, wszedł Schrödinger z walizką, w której podobnie miał znajdować się kot. Podobno Schrödinger dostał kota po zaprojektowaniu wystawy „Modele i Metafory”. Zanim wszedł do dzielnicy, odwiedził fabrykę, przez która Adam Z. próbował przedostać się do magazynu semiozy. Zostawił mu kota i poprosił, by się nim zaopiekował. Z braku możliwości działania Adam Z. wyrywał kotu sierść po jednym włosku, wróżąc „kocha – ni kocha” i zastanawiał się przy tej czynności, czy powinien jeszcze wrócić do Ewy O. Schrödinger wszedł do pokoju Piorunochrona. Spojrzał na półkę. Stały tam takie pozycje jak Golem Szulkina, Terminator Camerona, Burton Fink Cohenów, Zarys psychiki Stevena Wolfa Igora Babiaka, Munholand Drive Lyncha, Pinokio, Frankenstein oraz Pamiętniki księcia Cycjanowa. - Kończmy już to przedstawienie. Wydaje mi się, że możemy już ujawnić mu nasz sekret – w tym momencie Twórca Piorunochrona i Dielektryk odwrócili się i ujrzałeś ich twarze niezmienne. Takie same, choć różne, jak gdybyś przeglądał się w dwóch lustrach jednocześnie, a każde inaczej zakrzywiałoby rzeczywistość. - To ty – mówią jego usta – ty nas ciągle obserwowałeś, ciekawski czytelniku.
Rozdział 6. Przypisy
Jako część Piorunochrona postanowiłem skonstruować przypisy, by łatwiej można było go dalej studiować. Przy przepisywaniu kartek z Piorunochrona (mniemam, że tak nazywała się praca, którą znalazłem, część treści była już zatarta), pewne aspekty problemów zawartych powyżej postarałem się umieścić w przypisach. Zrobiłem to z dwóch powodów. Po pierwsze nie wiem, jak zachowywać będzie się czytelnik, z drugiej strony recenzenci naciskali na mnie, bym wprowadził elementy łopatologii.

